18 czerwiec 2021, 10:04:42

Aktualności:


Mogą występować problemy z wysyłaniem maili z forum!


Recenzje przeczytanych komiksów spoza uniwersum Batmana...

Zaczęty przez RemiRose, 30 czerwiec 2013, 16:42:18

XIII

Spider-Man/Daredevil Neighbors




          Po przeczytaniu kilku wyjątkowo parszywych pozycji zeszytowych Marvela nabrałem ochoty na przeczytanie dobrego one shota. Wybór pozycji  był determinowany moim sentymentem do postaci Daredevila i Spiker-Mana. Od najmłodszych lat byłem zafascynowany wspólpracą obu bohaterów.
         
          Zaczęło się oczywiście od 2 pamiętnych odcinków Spiker-Man TAS. Następnie jednym z moich pierwszych poważniejszych komiksów był TASM 6/97 wyd Tm-Semic, który powodował u mnie wtedy przerażanie.  Dopiero jak przeczytałem ten komiks ponownie w czasie polskiej premiery filmu Daredevil w 2003 poczułem jego prawdziwy klimat.

            Nie dziwne jest więc że jako następną  lekturę wybrałem pojedynczą historię wydaną w 2002 w ramach impritu Marvel Knights. Jak wszyscy wiemy jego zadaniem było ukazanie bardziej mroczniejszych i poważniejszych historii o trykociarkach z poziomu ulicy. Ten zeszyt nie spełnia tych wymogów w 100% ale daje nam coś lepszego. A chodzi mi o bardzo dobre ukazanie różnic pomiędzy obiema postaciami. Z pewnością nie będą zadowoleni komiksem te osoby które oczekują  na team up obu herosów przeciwko jakiemuś superłotrzykowi. W tym komiksie nie ma nic takiego obaj mierzą się ze złem powszednim. Zresztą tak naprawdę do bezpośredniego spotkania pomiędzy postaciami nie dochodzi aż do finału w którym się rozmijają.

           Motywem przewodnim komiksu jest poszukiwanie porwanej dziewczynki. Sprawą przejął się oczywiście Matt Murdock. Który niczym rasowy detektyw przeszukuje miejsce porwania , próbuje  wytropić dziewczynkę przy pomocy swoich wyostrzonych zmysłów a także jak przystało na mrocznego mściciela zastrasza podejrzanego osobnika. Te elementy akcji ściśle wiążą się z polityką wydawniczą nowego typu komiksów Marvela.  Strony dotyczące Spiker-Mana są w innym klimacie. Charakterystycznym dla niego swingowaniu na sieci po mieście i dowcipkowaniu. Na końcu okazuje się jednak że to on  zupełnie przez przypadek ratuje porwaną dziewczynkę.

         W tym numerze bardzo podoba mi się że wzorowo ukazuje porządek w uniwersum. To Spidey zawsze będzie tym popularniejszym którym interesują się środki masowego przekazu, jakkolwiek Daredevil będzie się starał  nigdy nie dorówna mu pod tym względem. Dotyczy to także naszego rzeczywistego świata , wystarczy zauważyć ilu filmów i kreskówek doczekał się pajęczarz a ilu DD.

          Stronę graficzną również muszę pochwalić jest ona utrzymana w stylu cartoonowym ale nie popadającym w karykaturę, czego zasługą jest udana kolorystyka. Jedyny szczegół który kłuje w oczy to odkształcające się na  masce uszy Spiker-Mana. Zabieg ten miał zapewne nadać realizmu ale jego realizacja nie była zbyt udana. Polecam ten one shot zarówno fanom Petera Parkera jak i diabła z Hells Kitchen.
   



Anonimowy Grzybiarz

No i elegancko. Od razu lepiej się czyta.

To miał być ten znany i lubiany tytuł?

XIII

To nie jest w ramach przeczytajmy crapa tak dla odmiany. Na tamten tytuł muszę się przygotować  i jeszcze raz przeczytać.

RemiRose

Tyger! Tyger! Burnining bright
In the forest of the night,
What immortal hand or eye
Could frame thy fearfull symmetry?
--------------
Country Stories. Od komiksu, aż po film.
http://remirozanski.tumblr.com/


Johnny Napalm

Komiks, który opisałeś, jest jednym z tych z mojej listy. :) Listy, rzecz jasna, komiksów które rozważam kupić w najbiższym czasie.
Do rzeczy, kiedy rozmawiałem z szefem CK o tym, który komiks jest jakby wzorem dla komiksiarzy jak tworzyć komiks historyczny, wtedy ów człek bez momentu zawahania wymienił od razu "Grand Prix".
Album oczywiście z miejsca przewertowałem, na zbytnie wczytywanie się w historię nie było czasu. Z tego co zdążyłem obczaić, jednak narracja rzeczywiście była trochę drewniana i po prostu zbyt prosta. Wszystkie twoje zarzuty z recenzji również podzielam, bo to, że nie wiadomo o czym konkretnie chciał opowiedzieć Marvano, widać od razu. Czy to historia o rozwoju wyścigów samochodowych, czy o samej polityce z tamtych lat, czy też o samych stosunkach międzyludzkich z tamntych lat? Nie wiem...
Na plus oczywiście zaliczam rysunki, bo są zwyczajnie porządnie wykonane. Tam gdzie trzeba są dynamiczne. Co do -miejscami- ich prostoty, to jest to taki styl. Belgiski w swej belgijskości. Nie wiem, jakoś wszystko około francuskiego komiksu, ma dla mnie podobny klimat, który zaobserwowałem w tym albumie. Są wyjątki, komiksy belgijskie i francuskie są czasem skomplikowane w warstwie graficznej, ale po wczytaniu się w to kto je tworzył, zaraz odkrywa się, że to tacy "malowani" Francuzi je zrobili, niż ci z dziada pradziada. ;) Czyt. Rosiński. :D
THE EARTH WITHOUT ART IS JUST EHh...

Anonimowy Grzybiarz

Wg. mnie Marvano powinien przede wszystkim zostawić pisanie komu innemu, a samemu skupić się na rysunkach. Jestem pewny, że gdyby tę historię napisał kto inny to byłby to bardzo dobry komiks. Ba, nawet gdyby ktoś przejrzał scenariusz Marvano i go poprawił, to byłoby dużo lepiej. A tak jest co najwyżej nieźle.
"Wieczna Wojna" do scenariusza Haldemana zdecydowanie lepsza. Jak chcesz komiks Marvano i masz wybierać  z tych dwóch, to zdecydowanie polecam "Wojnę".

Niedługo podlinkuję recenzję "Kick-Ass".

Rado

A jak już jesteśmy przy Marvano (i przy okazji też przy Haldemanie) to ja polecam Dallas Barr autorstwa właśnie oby tych panów. Świetna futurystyczna fabuła i akcja w wykonaniu Jamesa Bonda przyszłości. Wciąga na maksa. Jedynie cena okładkowa przeraża, lepiej nie patrz, heh.

XIII

Przeczytajmy Crapa-Odcinek 7- Wolverine Enemy of the State


          Znowu panie Millar uwielbiany przez wielu scenarzysto znalazłeś się w serii poświęconej złym komiksom. Wstęp Gartha Ennisa chwalącego komiks ( Irlandczyk słynie z wielkiej nienawiści do superhero zwłaszcza X-Men ) dawał mi nadzieje na otrzymanie dobrego komiksu akcji. Jak się można łatwo domyślić to był wstęp na zamówienie.
   
        Początek albumu nie był jednak zły  zapowiadał mroczną opowieść   dotyczącą porwania przez przypadek zamiast syna bogaczy  dzieciaka z niższych  warstw społecznych. Okazuje się że chłopak był synem kuzyna Mariko wielkiej miłości Logana. Rosomak zainteresował się sprawą został jednak nie bez walki pokonany. Zostaje przeprogramowany na zabójcę działającego  na zlecenie trójprzymierza organizacji zła Marvela Hydry, Hand i Świtu Białego Światła. I właśnie w tym miejscu scenarzysta zatracił potencjał opowiadanej historii. Zamiast historii osobistej vendetty dostaliśmy kolejne superbohaterskie łubudu.  ciągnące się  przez  aż 12 zeszytów.  Gdybym nie wiedział kto jest scenarzystą to byłbym skłonny stwierdzić że to Jeph Loeb. W komiksie aż roi się od superherosów , wielu wciśniętych na siłę. Znajdziemy Elektrę i Spider-Mana oraz wszystkie najbardziej znaczące grupy herosów Marvela (F4, Avengers, X-Men). Jedyna postać która została ciekawie przedstawiona w historii to Daredevil , akurat zeszyt z nim miał  jako taki klimacik.

          Akcja komiksu jest sztampowa.  Najpierw Wolverine walczy z superbohaterami a potem szuka zemsty na swoich oprawcach. Zdarzenia te dzieją się bez żadnych ciekawych twistów scenariuszowych. Czytanie tego komiksu przypominało mi oglądanie znienawidzonego filmu z 2009 roku. Jest dużo scen akcji ale tak naprawdę nic się nie dzieje.  Do tego zaprzepaszczono potencjał postaci Wolverine`a , w komiksie praktycznie tylko  biega i macha szponami na prawo i lewo.  Do tego dostajemy masę kuriozalnych scen w stylu ataku wielkich robotów na Shield albo Wolverine przy pomocy Sentinela zabijający chmary zombie ninja. Takie sceny bardziej by pasowały do "filmu tak złego że aż dobrego" niż do rozrywkowego komiksu uznanego scenarzysty. Były nawet ciekawe motywy w tym tytule ale pomimo dużej objętości autor ich nie rozwinął tylko wolał skupiać się na tępej rozwałce.  Zaskakujący był motyw użycia superłotrów do ataków na Hydrę w zamian za skrócenie wyroku. Motyw ciekawe ale dano mu tylko 1 większy kadr i kilka dialogów  więc niewiele obronił tytuł.  Dobra byłą ostatnia scena na pogrzebie wspomnianego na początku  dziecka. Była niezwykle gorzka ale jednocześnie ukazywała że ten komiks powinien być skupiony tylko na wątku porwania który został tak naprawdę wciśnięty na siłę bo stylistycznie nie pasował do tak miałkiej fabuły. Gdyby historia była okrojona do połowy to byłaby mniej męcząca i  można by ją nazwać  zwyczajnym średniakiem
         
           John Romita Jr narysował przyzwoicie ten komiks bez zbytnich fajerwerków graficznych. Widać jednak że jego styl zbytnio się uprościł i nie przypomina już jego prac wykonywanych z wielkim pietyzmem w latach 90.  Niestety jego styl obecnie jeszcze bardziej się popsuł ale to temat na inne dywagacje.

         Nie polecam zdecydowanie zakupu tego komiksu. Niezłe rysunki i kilka ciekawych scen i motywów nie wynagradzają zbytnio czytelnikowi mielizn scenariuszowych których w komiksie jest sporo. Oby nigdy nie przeczytał tej opowieści  Michaś Zatoka bo ta historia idealnie obrazuje jego styl filmowania.

Anonimowy Grzybiarz

Przeczytam powyższą reckę, jak wreszcie zapoznam się z komiksem, leży na półce od lat.

Kick-Ass Marka Millara i Johna Romity Jr to kolejna próba pokazania, jak wyglądałby świat, gdyby żyli w nim prawdziwi bohaterowie. Millar nie próbuje opowiedzieć poważnej historii (jak Moore w Strażnikach czy Busiek w Marvels), stawia przede wszystkim na humor i dobrą zabawę. Bliżej więc mu do tego, co wyczynia Justin Jordan w cudownie przerysowanym The strange talent of Luther Strode. Jednak, w przeciwieństwie do serii Jordana, w świecie Kick-Assa nikt nie ma nadnaturalnych zdolności, nikt nie przeszedł niezwykłego treningu, a praktycznie jedynym superbohaterem jest nastolatek w stroju płetwonurka.

Cała recenzja:
http://mnichhistorii.blogspot.com/2013/08/354-wjezdza-z-buta.html

XIII

Przeczytajmy Crapa- Odcinek 8 - Eminem/The Punisher


    Czego nie lubię najbardziej  w Marvelu to ukazywania realnych postaci i wydarzeń. Mieliśmy już okropną promocję Baracka Obamy. Rok później w formie komiksu chciał wypromować się najsłynniejszy raper świata Eminem. Komiks został wydany tylko jako dodatek do jego płyty a obecnie jest dostępny tylko online na stronie Marvela.

   Już sam początek budzi niesmak. Tradycyjne zestawienie dwóch krótkich notek o pochodzeniu obu postaci sugerujące że obaj są superhero.

     Fabuła jest prosta. Na początku wydaje się że Punisher chce zabić Marshalla Bruce`a Mathersa. Ten niby zostaje uratowany przez największego wroga Franka Castle`a Barrakudę  (głupi motyw że znał Eminema bo dorastali w tej samej dzielnicy). Eminem pokonuje jak najgorszego  chłystka Punishera. Zostaje zdradzony jednak przez Barracudę. Na końcu się jednak uwalnia i ratuje tyłek Punishera i pokonuje Barracudę. Frank zostawia go jednak na lodzie , i to dosłownie.

    Historia to prymitywna reklama osoby Eminema pokazuje go jako wymiatacza  przy którym wszystkie fantastyczne postacie się chowają.
"Zróbcie komiks w którym będe pokazany jako najprawdziwszy superbohater "- taką instrukcję dostał pewnie Fred Van Lante od Eminema przed pisaniem scenariusza. Gdyby z kolei scenariusz napisał Garth Ennis to założę się że wizja komiksowa rapera byłaby bardzo krzywdząca dla niego.


    Komiksu bronią tylko rysunki Salvadora Larrocki. Najbardziej drażni twarz Eminema która została chyba przerobiona z jakiegoś zdjęcia bo nie przystaje do wykonania innych twarzy w komiksie.

     Jeżeli kochacie rap i Eminema, a 8 mila to wasz ukochany film to zapewne rzucicie okiem na ten twór. Nie polecam jednak tak bolesnej praktyki.

Johnny Napalm

01 wrzesień 2013, 20:13:05 #41 Ostatnia edycja: 01 wrzesień 2013, 20:21:57 by Johnny Napalm
O matko! Co za gówno!
Czego w obecnych czasach Marvel nie byłby w stanie zrobić dla pieniędzy? Dno, dno i wodorosty...


W takim wypadku pozwolę sobie przedstawić coś z czasów chwalebnej przeszłości Marvela, a co mogłem przeczytać dzięki Hachette i wydawanej przez to wydawnictwo WKKM.

Daredevil: BORN AGAIN

Wielkim fanem tego bohatera nie jestem, szczególnie, że bliższego związku z nim nie miałem. O, dosłownie klika komiksów, przeczytanych głównie ze względu na Punishera, czy też film, w którym Ben Affleck dokonał gwałtu na tej postaci. Tyle tego było.
Jednak nazwiska twórców tego albumu zrobiły swoję. Nawet jako fan Nietoperza, po usłyszeniu nazwisk Miller i Mazzucchelli, no po prostu musiałem zdobyć ten komiks. W końcu historie ich autorstwa nie wychodzą w naszym kraju co miesiąc, tylko jednak rzadziej.

Na ten komiks czekałem praktycznie cały sierpień. Nasłuchałem się o nim wiele dobrego, więc mnie trzymało. W końcu go dopadłem i... Taaak, pozory jednak mylą i pobieżne przeczytanie tego komiksu może skutkować zbyt pochopnym odrzuceniem tego opowiadania. Fakt, pierwsza lektura albumu skutkowała u mnie sporym rozczarowaniem, jednak na tle ostatnich wydań WKKM, ów komiks prezentuję się co najmniej dobrze.
Opowieść jest bardzo poważna, a nawet miejscami zbyt poważna. Nawet Batman z tego okresu nie był aż tak "dorosłym" czytadłem. Tematy poruszane w tym albumie są trudne. No, ale powinno to być w sumie plusem. Wolałbym jednak zobaczyć film w tym temacie, niż komiks gdzie głównym bohaterem jest postać w kostiumie.
Dobra, jako że zaznaczyłem, iż komiks ten nie jest pewnie dla czytelnika w każdym wieku, teraz pora przejść do meritum. Rzecz ta jest dla tych wszystkich dla których komiks typu Daredevil: The Man Without Fear i wszelkie pojedynki bohaterów Marvela z kimś tak realnym jak Kingpin są czymś najbardziej wartościowym w całej działalności firmy Stana Lee.
Cały album miał się skupić na - jak się wydawało - ostatecznym pojedynku Matta Murdocka z Wilsonem Fiskiem. I trzeba przyznać, że Ważniak zabrał się za niego bardzo dobrze przygotowany. To co zaserwował Daredevilowi Fisk to coś godnego podziwu, o ile można podziwiać geniusza zbrodni.
Miller faktycznie jest mistrzem w budowaniu napięcia, które stopniuje i nie odsłania od razu wszystkich kart, tylko trzyma zawsze jakiegoś asa w rękawie. Plejada postaci, które pojawiają się w tej opowieści, bardzo ją wzbogaca i czyni dodatkowo ciekawą. A mogę potwierdzić, że są to prawdziwe oryginały - zwłaszcza jeśli tyczy się ten termin osobników wynajmowanych przez Kingpina do zlikwidowania Matta i jego przyjaciół.
Hm... może ta oryginalność miejscami wychodzi bokiem, ale to tylko w przypadku jednego z ostatnich przeciwników głównego bohatera, który faktycznie jest postacią zbyt kolorową. ;) Swoją drogą nie zdziwiłbym się gdyby okazało się, że Jurgens inspirował się tym gościem, tworząc ulubionego przez XIII Amerykańskiego brzydala ze świata Batmana.
Miller, posługując się Kapitanem Ameryką jak zwyklę w swoim stylu spuentował to co myśli na temat instytucji państwa i metod jakimi ono się posługuję. Przy okazji Captain wyszedł na wyjątkową pipę - mega pipę, nawet jak na niego. Oj, chyba CA nie jest wymarzoną przez Millera postacią, komiks o którym chciałby on koniecznie pisać. O nie! :D
Co by tu jeszcze? Acha, rysunki rzecz jasna! Rysował to Mazzucchelli i to dla wielu osób powinno zamykać temat. Ja pozwolę się jednak trochę przyczepić do poziomu reprezentowanego przez tego rysownika. W Daredevilu widać było, że był chyba mocno przygnieciony terminami, bo chociaż jego kreska nie jest zła i ma w sobie wiele dynamizmu i życia to, widać gołym okiem, że przy większym luzie autor stworzyłby coś powalającego na kolana. Widać też, że komiks ma swoje lata i był rysowany z myślą o sposobie wydania, który był wówczas możliwy - zero separacji kolorów i kilka uproszczeń w sposobie rysowania detali.

Dobra, co ja tu będę dalej truł, bo czy ktoś to przeczyta? Przeczytajcie, ale Daredevila od Hachette, bo naprawdę warto. W końcu jest to coś dojrzałego od dłuższego czasu i już ten fakt warto odnotować jako pozytywny.
THE EARTH WITHOUT ART IS JUST EHh...

XIII

Bardzo dobra recenzja. Zaskoczyłeś mnie że pamiętasz co pisałem o Amerykańskim Brzydalu.

Johnny Napalm

No, wryło mi się to mocno w pamięć, zwłaszcza, że komiks Jurgensa mi się nawet podobał. :) Dzięki za opinię, XIII.

Kurcze, niektórzy dopatrują się przeróżnych nawiązań w tym komiksie. Oto przykłady:
Nawiązanie do okładki płyty Boba Dylana.
Nawiązanie do piety Michała Anioła.

Na szczęście nie jest to żądna zżyna, tylko subtelne nawiązanie do kultowych dzieł. :) To nie coś w stylu Rossa, przerysowującego właściwie całe zdjęcie.
THE EARTH WITHOUT ART IS JUST EHh...

Rado

No tych nawiązań i symboliki jest sporo powiedziałbym. Zwłaszcza symboliki biblijnej. Może Miller lubi Boba Dylana, chociaż ja bym bardziej na tym kadrze skupił się na tle, na którym widać świeżo wznoszony budynek, co, jak mniemam, ma symbolizować odbudowę życia Murdocka.

CytujTo co zaserwował Daredevilowi Fisk to coś godnego podziwu, o ile można podziwiać geniusza zbrodni.

Heh, pewnie, że można podziwiać! Mój ulubiony villain z Marvela. To chyba tylko jemu udało się być głównym przeciwnikiem więcej niż jednego herosa - Daredevil, Punisher, a i przecież Spiderman miał z nim też utarczki.

No Born Again jest świetnym komiksem. Miałem przyjemność zakupić go wcześniej z brytyjskiej wersji WKKM i przyjemnie się czytało. Co prawda The man without fear, również Millera, podobał mi się bardziej jednak w ogóle nie uwłacza to BA, który jest bardzo dobrą lekturą. Ciekawostką jest, że wszystkie rozdziały, a konkretnie strony tytułowe tychże, przedstawiają Matta w pozycji leżącej na jakimś łóżku: u siebie w domu, w tanim hotelu, w alejce na śmieciach itd. Wyjątkiem jest rozdział pt. "Saved" gdzie stoi zwarty i gotowy do boju - czyli jednym słowem "uratowany". Nie wiem jak tłumacze przetłumaczyli tytuły rozdziałów, ale w oryginale wszystkie w jakiś sposób nawiązywały do biblii. Tu nie wiem dokładnie o co Millerowi chodziło - może chciał jakoś zaakcentować dużą rolę zakonnicy, kościoła i generalne nawiązania do Jezusa? W oryginale tytuły kolejno to: Apocalypse, Purgatory (czyściec), Pariah, Born Again (gdzie na stronie tytułowej Matt leży w pozycji ukrzyżowania, a nad nim wisi krzyż), Saved, God and country i Armageddon.