Aktualności:

"Batman: Caped Crusader" ("Batman: Mroczny Mściciel") w Prime Video od 1 sierpnia.

Menu główne

Wasze OSOBNE opowiadania w tematyce Batmana

Zaczęty przez Marquss, 26 Styczeń 2008, 22:17:42

BlackBat

Skoro wszyscy wrzucają swoje opowiadania, pomyślałam że warto podzielić się tym co mi zalega na dysku :) Crossover Elseworldu Vampire Batman z JL/JLU, pisałam go głównie dla przyjemności i raczej nie dokończę ale jestem ciekawa, jak go odbierzecie. W roli głównej Flash i wcale nie bez przyczyny ;)


"Pray"


Zapach zgnilizny roznosił się po całej Wieży, wypełniając zaciemnione, opustoszałe pomieszczenia. Cisza panująca na pokładzie satelity była duszna i ciężka. Przez brak ruchomego przepływu powietrza odór był na tak okropny, że nawet najtwardszy z superbohaterów  radośnie taplałby się w swoich rzygowinach, zaraz po pierwszym wdechu. Zasilanie awaryjne nie działało, zostało odcięte kilka minut po uruchomieniu. Ważąca tony Wieża dryfowała teraz samotnie po orbicie, niczym nawiedzona, średniowieczna twierdza.

Krew była wszędzie.

Zbryzgane ściany przypominały abstrakcyjny obraz, powstały w głowie niezbyt zrównoważonego artysty. Zacieki na szybach i meblach połyskiwały świeżością. Metaliczny zapach posoki mieszał się z wonią fermentujących, bezgłowych ciał wyścielających korytarze, sypialnie i główną komorę satelity. Ciche pomruki drapieżnika rozbrzmiały niespodziewanie z najgłębszych czeluści Wieży. Flash drgnął w przerażeniu, skulony pod popękaną umywalką. Warknięcia rozchodziły się ze wszystkich stron, bulgoczące, dzikie i śmiertelnie przerażające. Ciche syczenie płynęło przez system wentylacyjny, szkarłatna mgła  szukała swojej ostatniej ofiary. Pluśnięcia wody z nieszczelnej rury, odgłos kropli rozbijającej się na zszarzałych płytkach. Wally miał cichą nadzieję, że chociaż minimalnie zagłuszają rozszalałe bicie jego serca. Krew z rozciętego ramienia przesączała się przez opatrunek o wiele szybciej, niż Flash by sobie tego życzył.

-Szlag by to...-syknął pod nosem, zaciskając mocniej materiał szmaty. Wolał nie wiedzieć jak bardzo jego mięsień został uszkodzony, przez ostre jak brzytwa szpony. Ciężkie, lecz ostrożne westchnięcie wyrwało się z jego piersi, gdy zorientował się, że warczenie ucichło.

Jak mogło do tego dojść? Jeszcze kilka godzin temu wszystko było normalne.
Superman siedział przy stole z Dianą. Rozmawiali, śmiali się. Teraz wydawało mu się to czymś w rodzaju nierealnej wizji, bądź mętnego wspomnienia. Green Arrow, GL a nawet Shayera i J'onn.

Wszyscy martwi. Pozbawieni głów.

Biegnąc przez korytarze deptał ich ciała, ślizgając się na krwi i rozciągniętych po podłodze bebechach. Niektóre trupy jeszcze drgały, poruszane ostatnimi informacjami, zachowanymi w ich systemie nerwowym. Czuł obecność drapieżnika. Mrok zalegający wokół tylko pogarszał sprawę, dezorientował i napawał jeszcze większym lękiem. Fetor napoczętych przez zgniliznę zwłok drażnił gardło z każdym oddechem, podobnie jak wilgotne, zatęchłe powietrze.  Wiedział, że to była kwestia czasu, w końcu nie mógł wiecznie uciekać.  Na pewno nie w ogromną, kosmiczną pustkę, która w jego sytuacji wydawała się łagodniejszą alternatywą. Ciało zaczynało odmawiać posłuszeństwa. Utrata krwi nadwątliła jego siły dostatecznie, by zrobić z niego idealną ofiarę dla bestii.

Coś zazgrzytało na suficie, aż podskoczył, o mało nie zdradzając swojej kryjówki.  Zielone, przekrwione ze zmęczenia oczy wędrowały nerwowo po spowitym w ciemności sklepieniu, obsesyjnie szukając jakichkolwiek oznak zagrożenia.

Ich brak tylko wzmógł niepokój Flasha. Było zbyt cicho, bicie serca brzmiało w jego uszach, jak odgłos walących się ścian.

Kap!

Kap!

Nerwowe spojrzenie w stronę wejścia do łazienki. Kolejne uderzenia wody o posadzkę, każde trwające o wiele za długo dla Najszybszego Człowieka Świata [...].


To by było na tyle, mam nadzieję, że komuś się spodobał ten krótki fragment :)
"Last time I moved this fast, Hitler was still alive"


franek

LOL, niezłe to, dowaliłaś z tym taplaniem w rzygowinach xD


Show Must Go On!!!

vincent

Nie lubie JL, ale wersja, gdzie wiekszosc jest wybita w pien mi się bardzo podoba ;)
Mocny klimat, soczysty dobor slow tworzy swietna, trupia otoczke. Nie zazdroszcze Flashowi. Jedyny minus tego tekstu to jego dlugosc. Konczy się w najlepszym momencie.
Bardzo duzy plus za roznorodnosc slow i plynny styl.
Zgrzytow brak.
Moje opowiadania o Batmanie:

ADRENALINA

Z JASKINI NIETOPERZA

bart-allen

                                                             ZŁOCZYŃCY

-Hahaha! Octo,masz humor!-Śmiał się Joker.-Widać Spirit ciebie tego nauczył!Hahahaha!

-Zamknij Gębę,Niewyparzona Gębo.-powiedział pod nosem Octopus.-Nie dlatego dla ciebie pracuję.

-Widzę że kłótnia się zaczyna.-Powiedział Black Manta.-Zabiję pierwszą osobę od kilku dni.

-Skoro Joker jest psychiczny to na to bez kłótni zasługuje.-Szybko powiedział Invisible Man.-Liga Niezwykłych głupków nas ściga co znaczy że w Angli dużo o mnie mówią.

-Niestety niewidzialny człowieku.-Na twarzy Jokera po raz pierwszy pojawił się grymas.

-Dziękuję że już nie patrzę na ten uśmiech!-Krzyknął Octopus.

Niedługo potem furgonetka zaparkowała a na gazetach widoczny był napis:

"Kolejna masakra na placu!"
http://www.youtube.com/watch?v=NbvbCwVGAu8 za kim byłeś...Nie jestem głupim nie jestem trollem jestem....DC-maniakiem

vincent

Bart wybacz, że powtorze Twoja wypowiedz w shoucie - okropne.
Moje opowiadania o Batmanie:

ADRENALINA

Z JASKINI NIETOPERZA

franek

Bart, twoje historie są nie do ogarnięcia. O czym ty w ogóle piszesz, po każde twoje opowiadanie jest niezrozumiałe.


Show Must Go On!!!

BlackBat

@franek

Dzięki, ma się specyficzne poczucie humoru xD

@vincent

Dziękuję, naprawdę się cieszę, że Ci się podoba vinc :) Tekst się urywa, bo nie miałam pomysłu na przejście od tego momentu, do dalszego fragmentu, który zaplanowałam. Jeśli uda mi się to połączyć, to może wstawię kontynuację :)
"Last time I moved this fast, Hitler was still alive"


Johnny Napalm

Bardzo ciekawe opowiadanie BlackBat, pomysłowe. Masz ciekawe pióro, lub raczej klawiature. Bogata gama epitetów współtworzy świetnie ten mroczny i duszny klimat bijący z tego krótkiego fragmentu twojego opowiadania. Wrzuć więcej jeśli masz gotowy dalszy ciąg tej historii, lub dopisz go koniecznie. :)
THE EARTH WITHOUT ART IS JUST EHh...

Zatrakus

Pierwszy rozdział mojego opowiadania, które piszę już od jakiegoś czasu. Jest trochę rozwlekłe i brak w nim póki co jakichś dynamicznych scen, ale proszę o podjęcie tego "trudu", a więc przeczytanie oraz skomentowanie. Życzę miłej lektury!

Pacjent nr 3472242

I.
   Na swoją obronę powiem,... wyznam wam, że nie chciałem zajmować się jego terapią. Marzyłem o leczeniu Two Face'a lub Killer Crock'a- kogoś, kogo da się wyleczyć, dobrego człowieka, który sfiksował i... i zaczął robić źle, ale w zasadzie... w zasadzie to nie chce być tym złym.
   Fajnie byłoby prowadzić sesje terapeutyczne Riddlera, ge... geniusza, wymyślającego rebusy oraz zagadki. To nie byłaby nawet praca- przyjemne pogawędki z genialnym dziwakiem. Tak, myślę, że on tylko stwarza pozory szaleństwa... albo najmniej oszalał na punkcie geniuszu- swojego geniuszu. Takie intelektualne igraszki z panem Nigmą, dzień za dniem, aż do chwili, w której przechytrzę go i... i przełamię barierę jego ego, b-by wreszcie dać pierwszy w historii, trwały wypis...
   Taaak... Chyba nawet Joker byłby lepszy... To znaczy... yhh, znaczy, nie to miałem... uhhh.
Ja, chciałem powiedzieć, że... że przynajmniej to coś szlachetnego, próbować... udawać nawet, terapię tego błazna- nie jak to, do czego mnie wyznaczono.

   W dniu jego aresztowania miałem gościa- smutny, chudy facet, pociągła twarz, prawie łysy. Nosił garnitur, białą koszulę, muszkę... Przyniósł dla niego koce- powiedziałem, że takie rzeczy to do pielęgniarzy raczej, a poza tym to i tak nie wolno nic przynosić więźniom... znaczy pacjentom, zależy, bo faktycznie nikogo nie wypisujemy od lat. On zaś odpowiedział mi na to: ,,Proszę zrozumieć, jestem dla niego jedynym bliskim... Niemal rodziną, ja... ja miałem się nim opiekować, przynajmniej taką nadałem sobie misję- dziś pojąłem, że zbyt wiele dla niego pracowałem, a za mało starałem się być dla niego rodziną. Może, może gdybym spróbował jakoś zastąpić pan... zastąpić mu rodziców, może nie byłoby go tu, teraz...". Chciałem się wtrącić, zapytać, dlaczego przychodzi z tym do mnie, wszak nie wyznaczono jeszcze biedakowi lekarza, lecz chudzielec ciągnął dalej: ,,...Chociaż nie w ten sposób... Słyszał pan, jak go złapali? Przecież... przecież od lat nie wadził władzom... Ktoś zmienił pewnie zdanie, chciał podlizać się komuś na górze, ale... Boże, jego kosztem...". Mężczyzna w muszce znów urwał, chlipał, łzy ciekły mu po policzkach. Z oczu wyczytałem, że lata minęły, odkąd tak rozpaczał, o ile kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mu się tak cierpieć. Chciałem jakoś go pocieszać, ale nim rozważyłem jakąkolwiek możliwość, wyjął spomiędzy koców starą, czarno-białą fotografię. Zaczął mówić: ,,Ja... pan, by mu to przekazał, po kryjomu chociaż... sam nie wiem, co jeszcze mogę, teraz..."- nagle przerwał, szeroko otworzył oczy, lekko rozwarł usta. Pochłaniał moją postać wzrokiem, jak gdyby pierwszy raz w życiu widział kitel lekarski czy plakietkę z danymi.
   Wpatrywał się tak dobrą minutę, z czasem pobladł odrobinę, mimo iż do tej pory jego skóra również miała białawy odcień, teraz niebezpiecznie zbliżała się do koloru kredy szkolnej, trzymanej przez spłoszonego ucznia pod tablicą. W końcu wykrztusił z siebie cicho, początkowo głosem lekko przyduszonym: ,,... P-pan jest lekarzem, aaa... Pan uzna pewnie, że to mu zaszkodzi, jednak... Proszę, to ostatnie, co mogę już dla niego zrobić... Błagam!"- od krzyku przeszedł do chlipania, a następnie do płaczu, jeszcze rzewniejszego oraz rozpaczliwszego, niż wcześniej. Mając ochotę naraz uspokoić go, pocieszyć oraz wyrzucić za drzwi z hukiem, zatrzymałem się po środku i powiedziałem: ,,Ja naprawdę..."-a powiedziałem to z troską w głosie-,,Dlaczego pan przychodzi z tym do mnie, nie rozumiem, kim...", urwałem, bo zdałem sobie sprawę z tego, że już o nim słyszałem- Alfred P., oskarżony o współudział w procederze, jakiego dopuszczał się Batman, działanie na szkodę chorego umysłowo, a nawet wykorzystywanie go do własnych celów. Teraz pojąłem, czemu przestraszył się lekarza, próbując przemycić fotografię, choć nie byłem jeszcze pewien czy robił to z troski o niego czy też chęci dalszego wykrzywiania jego psychiki.
   Po chwili milczenia odezwałem się tak: ,,Nie mogę panu pomóc panie Pennyworth, nawet gdybym chciał, to wciąż nie wiadomo, kto będzie miał go leczyć i raczej nie będę to ja..."- zrobiłem krótka pauzę, po czym dodałem stanowczo, acz delikatnie-,,A teraz muszę pana prosić o opuszczenie zakładu."- zaczął się jąkać, bełkotliwie objaśniać, czemu powinienem, choćby z dobroci serca, przekazać zdjęcie, ja jednak, coraz gorzej tłumiąc współczucie mieszające się z gniewem, powiedziałem do niego-,,Proszę nie pogarszać swojej sytuacji panie Pennyworth, żegnam pana i, zgodnie z naszą dewizą, 'Obyśmy już nigdy nie musieli cię więcej widzieć'. Żegnam."- po tych moich słowach zaczął powoli kierować się ku wyjściu, mamrocząc pod nosem-,,Alfredzie... i, paniczu Br... nie miał, a to ja się nim,... nawet byle lokaj lepiej by o niego zadbał, zapobiegłby...".
   Poczułem, że nie tylko nasz nowy rezydent, ale i jego ,,wspólnik" będzie potrzebował pomocy. Po chwili ruszyłem za nim przez drzwi mojego gabinetu, to był koniec pracy tamtego dnia. Kiedy wychodziłem, chudzielec szedł zaledwie kilka metrów przede mną. Wpatrywał się w tamto zdjęcie, cicho łkał i mamrotał pod nosem ,,Stra... straciłem... ich wszystkich... Za-zawiodłem, pan... panie Wayne...". Byliśmy już obaj niedaleko głównej bramy, gdy ta rozwarła się na oścież. Wjechał nasz wóz do przewożenia więźniów, otaczał go korowód radiowozów. ,,Już go przywieźli..."- pomyślałem, lecz nim to nastąpiło, mężczyzna w muszce rzucił się w stronę transportu. Strażnicy go zatrzymali, a on wydał z siebie rozpaczliwy krzyk: ,,Paniczu Bruce!!". Usłyszawszy to, więzień z furgonetki powiedział coś cicho, by następnie poderwać się do krat w jednym z tylnych okien i wrzasnąć: ,,Alfredzie!"- na to chudzielec odpowiedział przez łzy- ,,Przepraszam pa-paniczu Bruce! Ja..."- w tym miejscu zaciął się, a strażnicy, przytrzymując z dwóch stron, wynieśli go poza teren zakładu. Nim odszedłem, zdążyłem jeszcze spojrzeć na postać w furgonetce- maskę miał zdjętą, na twarzy zaś odmalowane poczucie winy za stan przyjaciela. Chciałem początkowo wrócić, by jeszcze mu się przyjrzeć, lecz ostatecznie odszedłem, po raz pierwszy czując lęk przed tym, iż to ja mógłbym musieć prowadzić jego terapię.

   Następnego dnia opowiedziałem o tym zdarzeniu jednemu z moich kolegów. Zajmował się wtedy opisywaniem zmian w zachowaniu pacjentów po zastosowaniu nowych leków. Gdy ja skończyłem, on powiedział: ,,Biedak, podszedł do losowego pracownika, to pewnie musiał być dla niego wielki szok, gdy go schwytali..."- zamilknął na chwilę, mina mu posmutniała. Zapytałem go więc, o co chodzi: ,,Ja... Teraz testuję taki nowy środek, i... Ostatnio obserwuję jego wpływ na... Na Jokera. Pomyślałem teraz, kto go złapie, jeśli znów ucieknie? Skoro on jest tutaj... Podobno trzymają B..."- urwał szybko i ściszył głos-,,Trzymają go pod silniejszą strażą, niż Croca i Jokera razem wziętych."- po tych słowach zrobił krótka pauzę, a ja powiedziałem- ,,Zabrali mu cały sprzęt, ale chyba ich rozumiem... Ciebie zresztą też- jeśli te środki nie powstrzymają tego błazna, to już nic nas przed nim nie ocali."
   Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy. ,,Jak my sobie bez niego poradzimy?"- myślałem. Przysiągłbym, że o tym samym musiał też myśleć mój kolega, lecz on nagle powiedział: ,,Nie zazdroszczę temu, kto będzie miał zajmować się jego terapią- ci, którzy orzekli... orzekli jego niepoczytalność twierdzą, że on... to znaczy, jego alter ego,  ma bardzo silną osobowość, tak... tak jak u Jokera. Oni... twierdzą, że może powtórzyć się to, co spotkało dr Quinzel."- skończył, a mnie przeszył lodowaty dreszcz. Znów przeszło mi przez myśl, że naprawdę mogłoby paść na mnie- kiedyś specjalizowałem się w leczeniu traum wyniesionych z dzieciństwa, więc nikt inny w Arkham Asylum nie rozumiałby lepiej jego problemu... ,,Ale nie!"- pomyślałem- ,,Pracuję tu od tak niedawna, to byłby pierwszy pacjent, którego terapię bym sam prowadził, na pewno wybiorą kogoś znacznie bardziej doświadczonego!". Po chwili, gdy odrobinę się uspokoiłem, dla choćby minimalnego rozluźnienia atmosfery, zapytałem: ,,A co takiego on mógłby zrobić ze swoim lekarzem, co? Zmienić go w drugiego Robina? A może sprawić, by wiernie mu usługiwał, jak Pennyworth? Nie, to absurd, on... on przecież nigdy by czegoś takiego nie zrobił, on..."- przerwałem, buzowała we mnie złość- ,,Jak możemy tak o nim mówić?"- rozważałem w myślach- ,,Zawsze nas bronił przed prawdziwymi szaleńcami, a teraz zachowujemy się tak, jakby on był równie groźny, co taki Joker!".
   Ów wewnętrzny bunt trwał tylko kilka chwil, rosnąc z sekundy na sekundę, by wytrysnąć na zewnątrz pytaniem: ,,Z czego właściwie mielibyśmy go leczyć, po co?!". Mój kolega tylko spuścił głowę i odszedł bez słowa. Nawet go rozumiałem- obowiązek jest obowiązkiem, chociaż on miał to wielkie szczęście, że nie mogło paść na niego.
Chociaż wiedza stwarza problemy, to ignorancja ich nie rozwiąże.

Wayne&Pennyworth:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1280.0

Jastrzębie:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1293.0

Ched

A pobawię się w komcia, a co mi tam.
Z góry ostrzegam -  ja wyzłośliwiam się na tekście, autor mnie nie obchodzi.

CytatTwo Face'a lub Killer Crock'a-
W pierwszym brakuje myślnika, w drugim położona deklinacja -> zbędny apostrof. I zastanawiam się, czy drugie "c" nie powinno przypadkiem przejść po prostu w "k".

CytatFajnie byłoby prowadzić sesje terapeutyczne 
Oż w mordę, jak bardzo nie pasuje to "fajnie" to przyjętej formy.

CytatTo nie byłaby nawet praca- przyjemne pogawędki z genialnym dziwakiem. 
Myślnik ma spacje z obu stron

Cytaton tylko stwarza pozory szaleństwa... albo najmniej oszalał na punkcie geniuszu
WTF?

Nie masz pojęcia, jak używać wielokropka.
Podobnie do stosowania wykrzykników i znaków zapytania w narracji, im częściej ten symbol się pojawia, tym bardziej traci na wydźwięku. Jeżeli pojawia się za często, tekst zaczyna robić się męczący, a narrator w umyśle odbiorcy brzmi jak astmatyk po maratonie. To nie jest klimatyczne. To frustrujący, głupi błąd nowicjusza.
Jak uniknąć? Wszędzie, gdzie można przy pomocy narratora należy poinformować czytelnika o tym, że ktoś duka, jąka się, przerywa, rozgląda niepewnie... istnieje masa zapychaczy. Wielokropek powinien się pojawiać tylko i jedynie wtedy, kiedy jego obecność jest absolutnie niezbędna.
Dla słuchowców - tekst literacki ma określony rytm. Ciężko zauważyć to na początku, ale generalna zasada jest taka, że zależnie od akcji, tonacja nieco zmienia się; wprawni autorzy celowo manipuują słowami, żeby uzyskać określone wrażenia "dźwiękowe". Wielokropek rozbija ten rytm, więc siłą rzeczy powinien służyć tylko i wyłącznie jako środek do podkreślenia czegoś bardzo, bardzo ważnego.

CytatZabrali mu cały sprzęt, ale chyba ich rozumiem...
Znaczy, że co? Że standardowych pacjentów nie obierali ze wszystkiego, czym mogliby sobie lub komuś innemu zrobić krzywdę? Woah.

Cytatdr Quinzel
Nie używamy skrótowców i liczebników zapisywanych cyfrą w tekstach literackich. Nie i już. Fuj! Be! KaKa!

CytatÓw wewnętrzny bunt trwał tylko kilka chwil, rosnąc z sekundy na sekundę, 
To trwał, czy narastał?

Cytat,,Z czego właściwie mielibyśmy go leczyć, po co?!"
PTSD, obsesja natręctw, osobowość schizoidalna, zaburzenia schizotypowe i paranoidalne... gee, narrator jest psychiatrą! Odrób lekcje!

Ogólnie - tekst niedokochany. Błędy zapisu, nadmiar wielokropków, miejscami problemy z interpuncją.
Styl nieprzystosowany do przyjętej formy i osoby narratora.
Pozostaje wrażenie, jakby nie został wykonany research (psychiatra gdybający po co leczyć pacjenta? Ta przysięga Hipokratesa, to nie jest składana tak dla picu...).
Generalnie odnoszę wrażenie, że pomysł był, ale autor chapnął za szybko za wielki kawał, tak pod wpływem natchnienia i impulsu, a teraz się desperacko dławi.
Worlds grow old and suns grow cold
And death we never can doubt.
Time's cold wind, wailing down the past,
Reminds us that all flesh is grass
And history's lamps blow out.
_
Hope Eyrie

Zatrakus

#70
Dzięki Ched za tę część komentarza, która krytykuje niewłaściwy styl czy użycie znaków interpunkcyjnych. Mam jednak zamiar bronić zdania zacytowanego jako ostatnie.
Po pierwsze, narrator mówił je pod wpływem emocji.
Po drugie, warto spostrzec, iż jest to człowiek widzący Batmana jako niemal legendarnego obrońcę Gotham, bohatera, a nie zwykłego człowieka. Zdajesz się mówić, iż bezsensownie narrator nie dostrzega oczywistych objawów chorób psychicznych. W istocie on nie chce ich widzieć. Uważa, że cokolwiek dolega Batmanowi, to składa się to na osobę herosa, a więc nie powinni robić nic. Jeszcze raz powtórzę- narrator nie myśli racjonalnie, nie potrafi w ten sposób myśleć o Batmanie. Dodatkowo, bardzo istotny jest drugi człon zdania: "po co?". W istocie całe to zdanie sprowadza się do tych słów. Zadając pytanie "Z czego mielibyśmy go leczyć" w istocie pyta "Co jest złego w Batmanie? Co moglibyśmy wyleczyć, naprawić?". Narrator wie, że nie ma powodów, by zmieniać Mrocznego Rycerza, toteż próbuje za wszelką cenę wyprzeć myśl, iż będzie trzeba go "wyleczyć".
Mam nadzieję, że teraz łatwiej będzie zrozumieć tę wypowiedź narratora, gdyż tylko pozornie jest ona wynikiem nieświadomości autora.

Poza tym: owo "fajnie" można by zrzucić na fakt, iż narrator opowiada już po całej terapii, toteż należytym będzie przyjąć, że jest zły, ciąży mu poczucie winy za jej skutki, najpewniej opłakane. Wszak nie bez powodu narrator mówi "Na swoją obronę powiem...".

Chociaż wiedza stwarza problemy, to ignorancja ich nie rozwiąże.

Wayne&Pennyworth:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1280.0

Jastrzębie:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1293.0

Ched

Mówienie pod wpływem emocji - ok.
Ale kwestia jest taka, że zawód na mózg pada. Po prostu w pewnym momencie, całkowicie nieświadomie człowiek gada jak specjalista i tego nie zauważa (sama to przeżywam, znajoma mnie wyklina za wszelkie typowo przyrodnicze zwroty, które mi się w tekście wymsną, mimo że jeszcze kawał nauki przede mną). Tym bardziej pod wpływem emocji.

Cytatw istocie pyta "Co jest złego w Batmanie? Co moglibyśmy wyleczyć, naprawić?". Narrator wie, że nie ma powodów, by zmieniać Mrocznego Rycerza,
:O
This is so wrong on so many levels...
Ten koleś przebiera się za nietoperza i biega po dachach w nocy, piorąc po mordach przestępców, przeprowadzając przeszukania pomieszczeń prywatnych bez nakazów, zostawiając w mieście ludzkie pinaty dyndające z wysokości i jest święcie przekonany, że to jego obowiązek.
To nie jest normalne. To bardzo, bardzo nie jest normalne i on-narrator, jako lekarz, powinien przejmować się dobrem pacjenta, nie dobrem ogółu. Gee, gdyby ktoś przejmował się tak bardzo dobrem ogółu, to Joker za drugim wylądowaniem w szpitalu dostałby kroplówkę składającą się z wody królewskiej albo innych cudów, które posłałyby go na tamten świat.
Bats ma na czółku wypisane "szaleniec", a za nim popindala wielki neonowy napis "chory psychicznie, dajcie wiadro psychotropów". Poza tym widziałeś, drogi autorze, że z marszu wymieniłam pięć różnych nieprawidłowości, w tym dwie orbitujące w okolicy socjopatii.
Worlds grow old and suns grow cold
And death we never can doubt.
Time's cold wind, wailing down the past,
Reminds us that all flesh is grass
And history's lamps blow out.
_
Hope Eyrie

Zatrakus

Cóż, nie znam się na psychice psychiatrów i innych specjalistów, więc możesz mieć rację.
Mimo to znów będę bronił swoich słów.
Ten psychiatra nie jest jeszcze aż tak skrzywiony, by dostrzegać tylko przypadek medyczny z dziedziny psychiatrii. Widzi za to człowieka, który, mimo iż od razu dostrzega się w nim kompletnego wariata, pomaga, a jakakolwiek zmiana mogłaby pozbawić miasto obrońcy. Bynajmniej nie jest to narratorowi na tyle obojętne, by jedynie przewrażliwienie na punkcie dobra ogółu mogło go skłonić do walki o byt Mrocznego Rycerza. On sam musi mieszkać w Gotham, a bez Batmana wyjście z domu po zmierzchu równa się tam samobójstwu. Sytuacja jest dla narratora tak trudna właśnie dlatego, że symptomy są tak oczywiste, pacjent tak trudny, a powodzenie w terapii oznacza powrót do dawnych, przerażających czasów, gdy gangsterzy i psychopaci czuli się na ulicach całkowicie swobodnie.
Kolejny element, to fakt, iż owe emocje to właśnie oburzenie na taki suchy, proceduralny sposób myślenia, w którym pod pozorem dążenia do dobra pacjenta w istocie pozbywa się niewygodnego wielu ludziom mściciela.
W skrócie: dla narratora Batman to symbol, który boi się popsuć, dobrze działający, nawet jeśli chory psychicznie bohater, którego nie chciałby pozbawiać siebie i miasta.
I jeszcze jeden detal: narrator zna Batmana jedynie z gazet oraz opowieści, naprawdę ciężko jest mu w nim dostrzec człowieka takiego jak wszyscy inni, ostatecznie widząc człowieka nie potrafi rozerwać zakodowanej w mózgu jednolitości jego działań i osoby, które nie są już dla niego pojedynczymi zwyrodnieniami zachowania szalonego człowieka, lecz oczywistymi czynami bohatera. Słowem: narrator jest niezdystansowany wobec postaci Batmana, widząc tylko symbol, obrońcę.

Pomijając powyższe, po przeczytaniu twojego komentarza postanowiłem dodać do jednego z kolejnych rozdziałów postać właśnie takiego psychiatry-cyborga, niemal automatycznie stawiającego diagnozy i prowadzącego terapię by wyleczyć pacjenta, niezależnie od tego kim jest oraz co robi.
Chociaż wiedza stwarza problemy, to ignorancja ich nie rozwiąże.

Wayne&Pennyworth:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1280.0

Jastrzębie:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1293.0

Yazeva

Ched, bardzo dobra recenzja od strony technicznej. W czasie czytania rzucały mi się w oczy te same rzeczy, więc nie będę duplikować. Chciałabym za to dołożyć swoje trzy grosze jeśli chodzi o stronę, powiedzmy, zawodową. Przede wszystkim system odgórnego wyznaczania psychiatry do poprowadzenia terapii jest całkowicie nierealistyczny, ponieważ każdy terapeuta przy pierwszym spotkaniu z pacjentem decyduje, czy będzie w stanie (i zechce) poprowadzić jego terapię, czy nie. Jeśli terapeuta wykazuje silny stosunek emocjonalny, który mógłby wpływać na jego pracę, nie może podjąć się poprowadzenia terapii pacjenta. Po drugie, żeby uzyskać uprawnienia terapeutyczne, trzeba najpierw samemu przejść psychoterapię. Przepracować swoje problemy, uporządkować emocje i nauczyć się je kontrolować. Główny bohater wydaje się zaś osobą, która pominęła ten punkt. Jego emocje są rozbuchane, jest niestabilny i przestraszony. W dodatku pojawia się wątek "skończenia jak doktor Quinzel", bo pacjent ma silną osobowość. Tu też wydaje się, jakby pan psychiatra nie przeszedł żadnego przeszkolenia.
Pomysł ogólnie ciekawy. Gdyby go dokładniej opracować, mogłoby z niego wyjść naprawdę dobre opowiadanie.
Jeszcze gwoli wyjaśnienia dlaczego się tak mądrzę: nie jestem wprawdzie psychiatrą, ale psychologiem. No, prawie. Dyplom dopiero za kilka miesięcy. Ale psychiatrzy też mnie uczyli, egzaminowali i obserwowałam ich pracę na gorąco, w szpitalu psychiatrycznym. No i zasady obowiązują nas te same. Wiadomo, że nie każdy, kto chce pisać o Arkham jest od razu psychiatrą lub psychologiem. Ale ponieważ sama zajmuję się pisarstwem od bardzo dawna, zawsze podkreślam, jak ważna jest znajomość tematu.
Ale równie mocno podkreślam, że pomysł to połowa sukcesu, więc i tak gratuluję ;) Bo pomysł jest naprawdę ciekawy.
"I tried so hard to act nice like a lady. You taught me that it was good to be crazy."

Zatrakus

#74
Hm, więc moja koncepcja, delikatnie mówiąc, odrobinę się sypie, lecz ową bezwzględność w doborze psychiatry mogę wyjaśnić. Pamiętajmy, iż nie jest to ani zwykły szpital psychiatryczny, bo w o wiele większym stopniu więzienie, ani zwykły pacjent. Batman trafia do Arkham, na które presję nakładają na wskroś skorumpowane władze Gotham(wszak Gotham City to najbardziej skorumpowana metropolia na świecie, bez dwóch zdań). Najpewniej zarząd szpitala wybrałby najbardziej nieudolnego tudzież niestabilnego emocjonalnie lekarza, by w razie czego nie zdołał "popsuć" Mrocznego Rycerza, gdyby jednak wypuszczenie go okazało się bardziej opłacalne lub pacjent sam by uciekł. Co do stanu psychiki narratora- to Arkham, tutaj zdarzały się dużo gorsze rzeczy, przepuszczano znacznie większe niedociągnięcia. Z resztą, psychiatrzy zatrudniani w Azylu nie mogli być ogółem zbyt dobrzy, skoro przez lata nie zdołali wyleczyć choćby jednego z tych niebezpiecznych szaleńców tak, aby po upływie tygodnia czy mniej nie wrócił do mordu lub kradzieży, jak gdyby nigdy nic.

Dodatkowo prosiłbym przy okazji tego postu wszystkich o rady, jak należałoby zmodyfikować treść, by była bardziej logiczna. Wszak nie mogę pozwolić, by kolejne dwa rozdziały, już napisane, a także czwarty, znajdujący się w produkcji,  zmarnowały się.
Chociaż wiedza stwarza problemy, to ignorancja ich nie rozwiąże.

Wayne&Pennyworth:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1280.0

Jastrzębie:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1293.0