12 Grudzień 2019, 03:46:54

Aktualności:

Trwają zmiany na forum.

UWAGA: MOGĄ WYSTĘPOWAĆ PROBLEMY Z WYSYŁANIEM MAILI Z FORUM


Ostatnio ogladalem...

Zaczęty przez Leon Kennedy, 26 Marzec 2008, 15:09:07

LelekPL

Cytat: Leon Kennedy w 29 Maj  2019, 14:40:48Dzięki. A w takim razie jak Glass?
Z Glassem też będziesz miał wybaczone jak tutaj zajrzysz i coś napiszesz ;)
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1945.msg70515#msg70515

Juby

W ogóle ten temat trochę umarł, ale nie dziwię się. Sam też tutaj już nie piszę z prostej przyczyny - na bieżąco oceniam obejrzane filmy na Filmwebie i Letterboxd. Jeśli ktoś jest zainteresowany, podaję link do tego pierwszego. Przy większości obejrzanych filmów i seriali staram się dodawać krótki komentarz argumentujący ocenę (strona zezwala na max. 160 znaków). Zapraszam. :)

Oceny Jubego na Filmwebie
"Did you see BATMAN BEGINS? I don't think you can beat that."
- Morgan Freeman

Leon Kennedy

No cóż tak bywa Juby, ale od czasu do czasu jak sam zauważyłeś coś nowego się pojawi.

Mr.G

High Life. Już wcześniej chciałem zabrać się za ten film, ale uczynienie Pattinsona Nietoperzem przyspieszyło realizację tego planu. Wiadomo, na początku przede wszystkim próbowałem ujrzeć głównego bohatera w masce ze spiczastymi uszami, ale film szybko mnie pochłonął i skupiłem się już tylko na tym, co rzeczywiście było na ekranie. Kino kameralne i niszowe, gdzie nie tyle istotna jest fabuła, co atmosfera, a ta należała do kategorii tych, które w sci-fi lubię najbardziej. Naturalistycznie, z buczącymi światłami i zacinającymi się wentylatorami, przypominając co rusz, że kosmos, to nie tyle przygody, co przede wszystkim ogromna niepewność i samotność. Nie brakowało przemocy i niepokojącej seksualności, ale to naturalne objawy wysłania skazańców na kosmiczną misję.
Mi podobało się bardzo, ale nie wszyscy muszą lubić takie klimaty. Zdecydowanie nie dla grupki znajomków przy czipsach.

No ale jakaś opinia na temat Roberta musi być, w końcu to chyba pierwszy film, jaki z nim widziałem. Aktorsko nie miał tu okazji się szczególnie popisać, ale potrafi być smutny, a to w wiadomej nam roli bardzo ważne.

LelekPL

Jak chcesz dobry film z Pattinsonem to Good Time z 2017. Tam widać jego talent... z innych rzeczy, to... chyba wszystko :P W Cosmopolis był niezły, ale film słaby.

Na szczęście teraz zagra w kilku ciekawych projektach zanim zobaczymy go w Batmanie - w tym roku w The Lighthouse (od kolesia który zrobił bardzo dobrze przyjęte The Witch), no i w przyszłym oczywiście film Nolana, Tenet. Więc do Batmana dobrze go poznamy.

Johnny Napalm

Nie mogę znaleźć działu z filmami animowanymi DC, więc będę pisał tutaj.
Obejrzałem kolejne wątpliwe dzieło Warnera - Reign of the Supermen. Kurczę, tu zupełnie nic się nie zgadza i do siebie nie pasuje. Film jest koszmarny. Przede wszystkim po raz kolejny ta kiepska animacja, którą pamiętam m.in. z The Killing Joke. To wszystko czasami wygląda jak niezamierzone slow motion. W dodatku ta kiepska kreska. Gdybym był teraz dzieciakiem, i zobaczyłbym ostatnie animacje Warnera, to być może zraziłbym się do produkcji DC na wieki.

Nie wiem po co znowu pojawia się Darkseid, tak samo jak Liga Sprawiedliwości. Kurczę, przecież Rządy Supermanów są tak ciekawą historią, że nie ma powodu jej - wątpliwie - poprawiać. Wszystko spieprzyli ludzie z Warnera. Pełno tu niedorzeczności. Cyborg mógł się uwolnić od wpływów Darseida w sumie od początku, ale tego prawie do samego końca filmu nie zrobił. Lois Lane rozmawia z Wonder Woman na głos w kawiarni o tym, że Clark Kent to Superman. No super. To, że Luthor zupełnie inaczej wygląda a Cat Grant jest murzynką to jest najmniejsza nieścisłość. W sumie to nie przeszkadza. Najbardziej niszczy odbiór filmu to, że postacie nie mają swojego własnego charakteru. Może jedynie Superboy, ale i tak wypadł dużo gorzej jak w komiksie.

A, szkoda gadać, kolejna bardzo dobra komiksowa historia - po Killing Joke - tak spieprzona.
THE EARTH WITHOUT ART IS JUST EHh...

Leon Kennedy

Jeszcze nie oglądałem. Zrobię to w tygodniu, ale sama animacja jakoś mi nie wadzi wydaje mi się ok, co do reszty zobaczymy.

Leon Kennedy

Czemu Killing Joke był według ciebie tak bardzo zły? W sumie jego druga połowa, bo pierwszą można zignorować, była z tego co pamiętam słowo w słowo przeniesiona.

Co do Superka... Cóż pierwsza część była o wiele lepsza. Druga mimo swoich wad wypada powiedzmy średnio dobrze. Do animacji jestem już przyzwyczajony i pewnie dla tego mnie nie razi. Kolejne wykorzystanie Darkseida zbyteczne, ale cóż to on odpowiada za Doomsdaya... Więc i tu musieli go uwzględnić. Szkoda, bo można była to olać i nie ukazywać żadnego twórcy zabójcy Esa. Po prostu bestia trafia na ziemię i sieje spustoszenie. Oceniłbym tą kontynuację na takie 6/10

LelekPL

Cytat: Leon Kennedy w 01 Sierpień  2019, 08:21:38Czemu Killing Joke był według ciebie tak bardzo zły? W sumie jego druga połowa, bo pierwszą można zignorować, była z tego co pamiętam słowo w słowo przeniesiona.
Przypominam, że o Killing Joke jest cały temat i tam już Napalm pisał swoją recenzję:
http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1682.msg66703#msg66703

Co do filmu o Supermanie to zgadzam się z Napalmem :D

Juby

Powtórka jednej z moich ulubionych trylogii za mną.



Toy Story to bez dwóch zdań pionierska animacja. Krótka i konkretna, pozbawiona jakichkolwiek wad. Wciąż świetnie się na niej bawię, choć pierwszy seans na Blu-ray był pod pewnym względem dość bolesny, bo full HD podkreśliło jak bardzo sama animacja przez te 24 lata się postarzała. Niemniej, film wciąż druha we mnie ma. 8/10

Pierwsza część uchodzi za lepszą, bo była pierwsza, a wg mnie TS2 dorównuje jedynce, a pod pewnymi względami nawet ją przebija. Jeszcze więcej akcji, humoru, odniesień do popkultury + dobre przesłanie. 8/10



Znowu obejrzałem i znowu zostałem sponiewierany emocjonalnie. Nie wiem i nie przypomnę już sobie czemu po wyjściu z kina byłem umiarkowanie zadowolony z seansu trójki (oceniłem na 7,5/10 i uznałem za trochę słabszą od poprzednich części), ale trzecia powtórka w domowym zaciszu utwierdziła mnie w przekonaniu, że to najlepsza część, największe arcydzieło Pixara i całego gatunku filmów animowanych, a także jeden z najlepszych filmów XXI wieku! A na BD film wygląda obłędnie, animacja jest doskonała! 10/10 "Bo każde dziecko kocha swoje zabawki." ;)

A godzinę temu właśnie wróciłem z czwórki i . . .



Wielu narzekaczy może sobie przybić piątkę i powtórzyć, że Pixar jednak skopał sprawę. Trzeba było wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym i zakończyć serię na trójce (zdecydowanie lepszej!). Ja jednak tego nie zrobię, ponieważ Toy Story 4 w moich oczach nie wygląda jak pełnoprawny sequel serii (ale ze względów marketingowych tytuł nie mógł być inny). To bardziej spin-off "Woody Story", bo praktycznie wszystkie postacie zostały zmarginalizowane na rzecz opowiedzenia epilogu historii Chudego. Nie ma tu zbyt wielu przygód zabawek Andy'ego, całość skoncentrowana jest na pluszowym kowboju (i pastereczce Bo), a reszta robi za dodatek / tło. To taka pełnometrażowa krótkometrażówka, jak te o Rexie, Trixie, lub Jessie (Toy Story of Terror), tylko w końcu o głównym bohaterze serii i trwająca aż 100 minut. Nawet Buzz nie ma tu zbyt wiele do roboty, a jego wątek wydaje się być wymuszony, aby nie został z resztą zabawek zamknięty w aucie na pół filmu.

Niemniej, to wciąż dobry film animowany, z przyjemnym przesłaniem, sporą dawką humoru (choć nie śmiałem się tak, jak na poprzedniej części), dużą ilością akcji (choć z mało wyrazistym finałem, na co zwrócił uwagę mi młodszy brat) i wzruszającym zakończeniem (choć nie tak, jak w Coco Lee Unkricha, bo nie płakałem i przewidziałem je jakoś po 5-6 minutach seansu). No i sama animacja - fotorealizm jest POWALAJĄCY! Arcydzieło pod tym względem, myślę że jeszcze długo żadna animacja tego nie przebije. Deszcz, kot, szosa - wszystko wygląda jak prawdziwe! Każda zabawka wydaje się namacalna, na plastikowym torsie i kończynach Buzza widać każdą ryskę, no masakra! Jestem zachwycony, a nie sądziłem, że da się pod tym względem pójść jeszcze o krok dalej, po rewelacyjnej technicznie części trzeciej.

Mógłbym trochę powytykać paluszkiem, ale nie widzę sensu, bo dobrze się bawiłem i chętnie do tego wrócę. Może tak, jak przy trójce, dopiero przy powtórce w domu dostrzegę wielkość tej części? Sam nie wiem, na pewno scenariuszowo jest to najsłabsze Toy Story, ale wizualnie powoduje opad szczęki. Najbardziej adekwatna ocena na dziś to wg mnie w skali Rogera & Eberta trzy na cztery gwiazdki, czyli 7,5 w skali 1-10. Niech będzie słabe 8/10 i zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Piątki już naprawdę nie powinni robić!
"Did you see BATMAN BEGINS? I don't think you can beat that."
- Morgan Freeman

Mr.G

Seans nowego Rambo to jak spotkanie ze znajomym sprzed lat. Kiedyś mieliście wiele tematów, dziś trochę się rozmyło, spotykacie się właściwie dla zasady. Wszystko zostało już powiedziane, wiecie czego się spodziewać, ów znajomy nie zaskoczy was w żaden sposób, a może i z grzeczności nie będziecie zwracali uwagi, że się powtarza. Pośmiejecie się z kiepskich żartów, poudajecie zachwyt nad błahymi wątkami. Spotkanie kończy się szybciej niż kiedyś, nie ma czego wspominać, mogliście spędzić ten czas znacznie lepiej, tyle przecież dookoła fajnych, interesujących ludzi, ale też nie żałujecie. Bo miło spotkać starego kumpla.
Gdybyście poznali kogoś nowego, a to spotkanie potoczyłoby się tak samo, bylibyście zażenowani. Nie chcielibyście go znać, skreślilibyście go na starcie. Ale to przecież wasz stary kumpel. Jemu wybaczycie. Jemu wolno nie być już na czasie, nie być cool, nie być szczególnie błyskotliwym. Fakt, mógłby się postarać, dać z siebie więcej, naprawdę mógłby. Aż macie ochotę potrząsnąć go za ramiona i powiedzieć, co ma zrobić. Ale później myślicie sobie, że przecież on już kiedyś zrobił swoje. Czy można go winić za to, że znów chce się z wami spotkać i trochę powspominać?

Night_Wing

"Hulu" nie psuje mrocznej, wręcz niezgłębionej, tajemniczej atmosfery serialowej serii "Castle Rock", którą stacja od dwóch lat produkuje. Tak właśnie było w pierwszym sezonie - a było nastrojowo, niepokojąco enigmatycznie. Świat małego ekranu w 2018 roku przyjął do siebie Castle Rock, małe prowincjonalne stephenkingowskie Miasteczko, w którym nic nie dzieje się bez przyczyny, gdzie negatywne, mroczne, ślepe siły, powodują, że nie nadaje się ono do życia dla ludzi, którzy chcą cieszyć się szczęśliwą, stateczną i spokojną egzystencją. Tak samo jak w pierwszym sezonie produkcji, w drugiej jej serii miasteczko ukazuje to przysłowiowe ,,swoje oblicze", gdy powraca po czasie (pierwszy sezon) lub zjawia się w nim rzekomo przypadkowo niby zwykła osoba. Aktualna seria odcinkowa "Castle Rock" opowiada o Annie Wilkes, skrywającej pod w miarę spokojną, stonowaną aparycją oraz pod fasadą bycia troskliwą matką cały wór mrocznych tajemnic, z których nic nie może wydostać się na ,,powierzchnię". Annie ląduje w stephenkingowskim mieście z czystej konieczności. Rozbija auto w wypadku, zresztą nawet z pierwszych minut nowej serii serialu wynika, że nigdy nie miała ona - i nie ma obecnie - stałego miejsca zamieszkania: razem z córką przemierza całe Stany Zjednoczone samochodem, używając fałszywych tablic rejestracyjnych. Annie, pracując dorywczo, jako pielęgniarka czy opiekun medyczny zmusza się do odwiedzania różnych miejscowości, przy czym pracuje pod fałszywymi nazwiskami, o czym jej córka nie ma pojęcia, aż do czasu.

Po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków aktualnej serii "Castle Rock", tak jak pisałem na początku mej wypowiedzi, podtrzymuję zdanie, że ten sezon ani nie powiela schematu i nic nie kopiuje w stosunku do pierwszej serii, lecz kontynuuje z odpowiednim napięciem i kreacją atmosfery ton i przesłanie poprzedniego sezonu. Castle Rock nosi w sobie tyle zła, że obarczanie winą Annie za to, co jej działania, zachowanie, wpasowanie się w rytm miejscowości, zainicjowały i poruszyły coś, co powinno być wciąż głęboko ukryte, nie ma sensu. Serialowa Annie Wilkes, niestety (albo i stety), nie jest tą samą, co w powieści i filmie o tym samym co pierwowzór książkowy tytule Stephena Kinga, "Misery". W "Castle Rock" Annie odsłania powoli naturę swego wewnętrznego Ja; ciężko stwierdzić, czy cierpi ona na stany psychotyczne, urojenia, schizofrenię i inne choroby psychiczne - opowiadają się za tym: stos lekarstw, które przyjmuje, gdy przeważnie je kradnie korzystając z faktu bycia pielęgniarką, i po części jej zachowanie plus mowa ciała. A może jest ona na tyle przeciętna, że ta ,,przeciętność", to tylko celowo stworzona tożsamość dla jej niestabilne ,,psychopatycznego Ja", dla którego nawet jej własna córka jest zakładniczką lub tylko towarzyszką.  Ciekawy w drugim sezonie jest również wątek Somalijczyków - rodzeństwa wychowywanego w białej rodzinie, oraz Somalijczyków, jako mniejszości, która po konfliktach w swoim kraju osiedliła się w Castle Rock, by zacząć nowe życie i marzyć o lepszej przyszłości dla własnych rodzin.


Po dwóch początkowych epizodach, drugi sezon "Castle Rock" oceniam na 8,5/10

Trailer do drugiego sezonu serialu poniżej:


LelekPL

Irlandczyka ogląda się jak parodię filmów gangsterskich.

Odmłodzona twarz De Niro nie łączy się z jego mimiką, a tym bardziej super starym ciałem. To jest tak komiczne, że totalnie wyciągało mnie z filmu.

Jak De Niro gra mniej więcej swój wiek jest lepiej (choć bez zmiany ciała, nigdy nie wiem ile on w ogóle powinien mieć lat), ale do tego momentu mija niemal dwie godziny :P No i oczywiście tematyka. "Gangsterzy zabijają innych gangsterów: The Movie". Strasznie odkrywczy teren dla Scorsese 😒 WTF? Co krytyka widzi w tym filmie?

Juby

A ja trochę żałuję, że obejrzałem na Netflix, bo jednak dałbym radę wysiedzieć w kinie (oglądaliśmy wczoraj z braćmi i przez te 3,5 godziny nie zrobiliśmy żadnej przerwy, nawet na chwilę). :)

Komputerowe odmładzanie ani nie przekonuje, ani nie przeszkadza. Nie przekonuje, bo nawet najbardziej perfekcyjnie liftingowane twarze nie przysłonią sposobu poruszania się, który i tak zdradza wiek aktorów (De Niro nie jest w stanie wyprostować rąk, nawet gdy udaje +trzydziestolatka ma je zgięte jak staruszek), ale też nie przeszkadza, bo jest na tyle solidne i na tyle go niedużo, że poza dosłownie kilkoma scenami, w których Bobby ma strasznie niebieskie oczy, w ogóle nie zwracałem na to uwagi.

Znakomity, stonowany Joe Pesci, który musi wszystko zagrać samym spojrzeniem, lub spokojnym tonem głosu. Genialny Pacino - z rolą pisaną / dobraną ewidentnie pod jego metody aktorskie - nie był tak dobry chyba od czasu Gorączki Manna. De Niro też wzorowo, ale mam wrażenie, że grał tę postać już tyle razy, że jest to De Niro grający De Niro.

Film długi, ale warto, bo choć nie ma takiej energii jaką całościowo mieli Chłopcy z ferajny, Kasyno, czy Wilk z Wall Street, tak niektóre sceny zapamiętam na długo.

8/10
"Did you see BATMAN BEGINS? I don't think you can beat that."
- Morgan Freeman