Forum BatCave

Inne => Wasza twórczość => Wątek zaczęty przez: vincent w 22 lipiec 2012, 19:14:05

Tytuł: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 22 lipiec 2012, 19:14:05
Ostatnio zamie?ci?em swoje mini-opowiadanie w tym w?tku:

http://www.forum.batcave.com.pl/index.php?topic=1045.0

Jako, ?e opinie by?y pozytywne oficjalnie otwieram temat, w którym b?d? pisa?. Historie b?d? mia?y konkretny ci?g fabularny i b?d? ze sob? po??czone. "Adrenalin?" nale?y traktowa? jako prolog.
Zapraszam do czytania, oceniania i konstruktywnej krytyki. B?d? robi? tu wpisy tak d?ugo, jak b?d? si? pojawia?y komentarze ;)


*

- Bruce... - zacz??a Madeleine dr??cym g?osem. Jej oczy uciek?y w bok i zatrzyma?y si? na panoramie Gotham City. Znajdowali si? na 253 pi?trze Rear Tower, w ekskluzywnej restauracji. Zajmowali stolik przy pot??nej szybie, zast?puj?cej jedn? ze ?cian. Rozci?ga? si? st?d zapieraj?cy dech w piersiach obraz miasta, roz?a?ony tysi?cami neonów, poprzecinany pot??nymi wie?owcami, owini?ty pl?tanin? ulic. Bruce nie zauwa?a? pi?kna miasta. Po pierwsze dlatego, ?e zna? jego mroczn? stron? zbyt dobrze, po drugie teraz ca?a jego uwaga by?a po?wi?cona kobiecie siedz?cej naprzeciw. Jej lazurowym oczom. Ton?? w nich tyle razy, ale nigdy wcze?niej nie widzia? w nich takiego smutku. Jej seksowne, zwykle u?miechni?te usta by?y ?ci?gni?te w w?sk? kresk?, drga?y wr?cz niezauwa?alnie. Czarne, d?ugie w?osy opada?y swobodnie na ramiona. Madeleine odgarnia?a je co chwil? nerwowo.
To wisia?o w powietrzu. To musia?o si? w ko?cu tak sko?czy?. Kogo chcia?e? oszuka?, Bruce?
- Chc?, ?eby? ten jeden raz.. - kontynuowa?a wci?? patrz?c w bok - .. ten jeden jedyny raz by? ze mn? szczery.
Bruce nic nie odpowiedzia?. Ton?? w jej oczach. Czeka? na wyrok, a Gotham po jego prawicy czeka?o wraz z nim. Zastyg?o w intensywnym oczekiwaniu, by parskn?? ironicznym ?miechem. Kogo chcia?e? oszuka??
- Kim dla ciebie jestem? Czego we mnie szukasz?
S?owa Madeleine obija?y si? w czaszce Wayne'a w poszukiwaniu odpowiedzi. Bruce wyprostowa? si? w fotelu. Kobieta w ko?cu podnios?a wzrok. Ich spojrzenia si? skrzy?owa?y. Zwykle w takiej sytuacji ros?o mi?dzy nimi po??danie, przeskakiwa?y iskry nami?tno?ci. Teraz ten kontakt wzrokowy by? pusty. Nie znaczy? nic.
- Szcz??cia, tak my?l?. Przez ten ca?y czas szuka?em w tobie szcz??cia, ukojenia.
S?owa, które wypowiedzia? zaskoczy?y jego samego. By?y rzeczywi?cie prawdziwe i szczere. Przez ostatnie miesi?ce czu?, ?e traci nad wszystkim kontrol?. By? zagubiony i nie wiedzia? ju? dok?d zmierza. I wtedy spotka? j?. By?a uosobieniem wszystkiego, czego potrzebowa? by znów znale?? w tym ca?ym szale?stwie jaki? sens. Odrobin? normalno?ci. By?a dla niego tym, czym s? psychotropy dla pomyle?ców w Arkham. Czasami zastanawia? si?, czy przypadkiem nie powinien by? zamkni?ty w której? z cel razem z nimi. Gdy Madeleine by?a blisko wiedzia?, ?e nie.
Pokaza?a mu inn? drog?.
A teraz j? traci.
Francuskie uosobienie seks bomby. Istna bogini. Zawsze elegancka i oszo?amiaj?co poci?gaj?ca. Inteligentna, zabawna. Marzenie ka?dego m??czyzny. Utalentowana negocjatorka, któr? Bruce osobi?cie sprowadzi? z Francji, by nadzorowa?a przej?cie Funsys Corp przez Wayne Enterprises. Spotkanie z ni? by?o jak grom z jasnego nieba. W momencie, gdy zobaczy? j? po raz pierwszy wiedzia?.
Po prostu wiedzia?, ?e jest dla niego stworzona.
A teraz j? traci?.
- Bruce - zacz??a Madeleine z tym swoim s?odkim akcentem, który zawsze topi? twarde serce multimilionera. - jak mo?esz znale?? we mnie szcz??cie, kiedy nie mo?esz by? szcz??liwy sam ze sob?? Masz swoje demony, którymi nie chcesz si? ze mn? dzieli?. Izolujesz mnie, odcinasz mi dost?p. Bardzo cierpisz, to wida?. Ja cierpi? jeszcze bardziej nie dlatego, ?e nie mog? ci pomóc, tylko dlatego ?e ty nie chcesz ?ebym ci pomog?a.
Kobieta jednym szybkim ruchem wychyli?a swoje martini.
- Dopóki b?dziesz uzale?nia? swoje szcz??cie od innych osób, tak d?ugo b?dziesz odczuwa? ból za ka?dym razem gdy stracisz partnera. Musisz nauczy? si? by? szcz??liwym sam. Dopiero wtedy mo?esz si? z kim? wi?za?. Je?li jeste? nieszcz??liwy, co masz do zaoferowania drugiej osobie oprócz swego zagubienia i cierpienia? My?la?am nad tym d?ugo.
- Madeleine - zacz?? Bruce, ale kobieta uciszy?a go gestem r?ki.
- My?la?am nad tym d?ugo. Jeste? wspania?ym facetem. Przystojnym, szale?czo inteligentnym. Pokaza?e? mi zupe?nie now? definicj? s?ów "wspania?y seks". Sp?dzanie z tob? czasu by?o dla mnie magiczne. Do czasu, gdy zda?am sobie spraw? z faktu, ?e skrywasz w sobie te wszystkie tajemnice. Ci?g?e wymówki, odwo?ywanie spotka?, kontuzje i siniaki. Zrozumia?am, ?e nigdy nie dasz mi siebie pozna? w stu procentach. Czuj? si? troch? oszukana, otworzy?am si? przed tob?, pozna?e? mnie na wylot. Ja pozna?am jedynie twoj? mask?, któr? nosisz na codzie?. To nie fair Bruce.
Zapad?a cisza. Koj?cy d?wi?k skrzypiec niós? si? po sali mieszaj?c si? z przyciszonymi rozmowami go?ci lokalu. Bruce oddycha? g??boko przez nos, za ka?dym razem czuj?c uk?ucie w piersi i ciasnot? banda?y, które za?o?y? mu Alfred.
- Popraw mnie, je?li si? myl? Bruce. Nawet teraz, gdy wszystko si? sypie nie powiesz mi, prawda?
Cisza. Wymiana spojrze?. ?aden mi?sie? na twarzy Wayne'a nawet nie drgn??.
- Tak my?la?am. - Madeleine wsta?a od stolika, podesz?a do siedz?cego Bruce'a i poca?owa?a go w policzek. Zastyg?a w tej pozycji. Czu? jej oddech przy swoim uchu.
- Szcz??cie, to bezwarunkowy spokój ducha, niezale?ny od innych ludzi. Nikt nie mo?e da? ci szcz??cia. Nikt poza tob? samym, Bruce.
Wayne spojrza? na panoram? Gotham s?uchaj?c, jak stukot szpilek Madeleine coraz bardziej si? oddala, by uton?? w morzu d?wi?ków na sali.
Nie czu? si? ?le.
Czu? si? fatalnie.
Ona ma racj?.
Kogo chcia?e? oszuka?, Bruce?
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: Rafalinda w 22 lipiec 2012, 19:44:22
Jedno słowo Vincent--> TALENT.

Świetnie się to czyta. Spróbuj napisać całą książkę, kto wie może by ktoś chciał to wydać.
Suspens jest, klimat jest, Bruce jest Brucem, a Batman Batmanem. Wszystko na miejscu.
Czujesz klimat i z lekkością kleisz zdania dlatego nie marnuj czasu na forum i zrób z tym coś stary, bo szkoda by się twój potencjał zmarnował. Z biegiem czasu energia się wyczerpuje i chęci ubywają, datego łap wiatr i pisz jak najwięcej póki masz chęci. ;)
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: BlackBat w 22 lipiec 2012, 21:57:14
Vincent, przez Ciebie zawiesiłam się na kilka minut, nie mogłam oderwać wzroku od tego cudeńka ;) Myślałam, że dobrze piszę, ale to co Ty tworzysz jest po prostu świetne, ba mało powiedziane! Masz genialny styl, język i dar obrazowania- tak jak mówi Raf, po prostu TALENT! Pisz więcej, no i dziel się z nami, bo czytanie tego to czysta przyjemność :)
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: jakura w 23 lipiec 2012, 09:01:17
Jestem pod wrażeniem. Dwa bardzo dobre teksty - inteligentne, klimatyczne i, przede wszystkim, wciągające! Czekam na następne opowiadanie.
Ale co do wydawania: osobiście stoję na stanowisku, żeby napisać trochę więcej i wtedy bawić się w publikacje całości, niż wrzucać coś w kawałkach. I nie mam tu na mysli forum, w którym życzliwi ludzie porobią uwagi, w razie konieczności poprawią/zasugerują co, tylko szybkie podawanie swoich prac szerokiemu gronu odbiorców. Sam od 2 lat kompletuje opowiadania i mam nadzieje postarać się wydać tomik w przyszłym roku, mam tylko nadzieje, że nie zabraknie mi wspomnianego zapału, czego i Tobie życze dla dobra wszystkich fanów Batmana:)
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 23 lipiec 2012, 09:46:55
Po takich slowach z samego rana dzien wydaje się piekniejszy. Dzięki.

Co do wydania ksiazki na to zadnych szans oczywiscie nie ma z prostego powodu - na postac Batmana trzeba miec licencje ;) pisze to dla siebie - bo zawsze mialem ochote stworzyc cos w tym swiecie, i pisze to dla Was, fanow Batmana.

Ogolnie pracuje nad jedna ksiazka, mam cala mase opowiadan do skonczenia. Zapal i wena do danego projektu to rzecz ulotna. Tak jak ktos napisal, trzeba dziobac gdy jest, bo na sile nie wychodzi nic dobrego.

Pozdrawiam i do przeczytania w kolejnej czesci opowiadania.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: Johnny Napalm w 23 lipiec 2012, 10:12:36
Bardzo dobry styl, Vincent. Czekam na dalszy ciąg tego opowiadania, bo całość  zapowiada się świetnie.
CytujCo do wydania ksiazki na to zadnych szans oczywiscie nie ma z prostego powodu - na postac Batmana trzeba miec licencje pisze to dla siebie - bo zawsze mialem ochote stworzyc cos w tym swiecie, i pisze to dla Was, fanow Batmana.
Nic nie stoi na przeszkodzie żebyś sam to wydrukował i wypuścił na rynek wśród fanów Batmana na którymś z festiwali komiksu. Byłby to taki zin, tylko tym razem nie komiksowy a książkowy.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 24 lipiec 2012, 22:27:08
Drzwi pasa?era zatrzasn??y si?. Silnik wystartowa?. Bruce przymkn?? powieki, wwiercaj?c si? w skórzan? kanap?.
- Rzeczywi?cie posz?o szybko. - odezwa? si? po chwili Alfred. - kiedy powiedzia? mi panicz, ?e spotkanie potrwa góra pó? godziny my?la?em, ?e jak zwykle zd??? zje?? w tej uroczej knajpce na Fether Street, uci?? sobie drzemk?, rozwi?za? krzy?ówk?, przejrze? wieczorn? pras? i przes?ucha? The Blue Danube Waltz, Strauss'a...
- To koniec, Alfredzie - Bruce otworzy? oczy. Oboj?tnie patrzy? przez szyb?, jak ?wiat?a latarni odbijaj? si? w ?lini?cych si? po deszczu ulicach.- odesz?a.
- Naprawd? jest panicz zaskoczony takim obrotem spraw? - spyta? Alfred spogl?daj?c w lusterko. - Panienka Clavel nigdy nie wygl?da?a na kobiet?, która by?aby sk?onna dzieli? si? paniczem z kimkolwiek. A ju? z ca?? pewno?ci? nie z kryminalnym pó??wiatkiem Gotham.
- Masz co? dla mnie? - Bruce postanowi? uci?? temat w tym miejscu. Wiedzia? a? za dobrze, w jakim kierunku zmierza?a ta rozmowa. Nie mia? nastroju na tego typu konwersacj?. Nie dzi?. Nie tym razem.
- Dzwoni?a Vicky Vale, w sprawie wywiadu. Wydawa?a si? wielce niezadowolona z faktu, ?e termin ponownie zosta? przesuni?ty, sir. - Alfred znów wyprostowa? si? i skierowa? wzrok w lusterko, by spojrze? na Bruce'a. Nie potrafi? ukry? w tym spojrzeniu ojcowskiej troski.
- Czeka?a pi?? lat, poczeka jeszcze tydzie?. - Wayne poluzowa? krawat. Wyj?? z lodówki butelk? z wod? mineraln?. Wzi?? kilka du?ych ?yków. Czu?, jak przyjemny ch?ód w?druje wprost do ?o??dka. - po??cz mnie z Gordonem.
- Naturalnie. - odpowiedzia? Alfred. Wjechali w?a?nie na pot??ne, pi?ciopasmowe rondo. Deszcz zabarabani? w szyby, wpasowuj?c si? w d?wi?k po??czenia.
- Tak? - zniekszta?cony g?os odezwa? si? po trzecim sygnale.
- To ja - powiedzia? Bruce niskim, modulowanym g?osem - dzwoni?, ?eby spyta? o naszego pacjenta.
- Nadal jest nieprzytomny. - odpowiedzia? Jim. - P?kni?cie czaszki to nie przelewki.
- Co mówi? lekarze?
- Krwiak by? ma?y i niegro?ny. Zosta? wch?oni?ty. Powinien obudzi? si? w ci?gu kilku najbli?szych dni.
- Rozumiem. - odpowiedzia? Bruce.
- A z tob? wszystko w porz?dku? Na miejscu znale?li?my sporo krwi. W wi?kszo?ci nie nale?a?a do naszego faceta.
- Nic mi nie jest - odpar? Wayne rozmasowuj?c obola?? pier?. - dzi?ki za informacj?.
- Uwa?aj na siebie. - powiedzia? Gordon. Rozmowa by?a zako?czona.
- Czy to noc Batmana? - spyta? Alfred po chwili. Wycieraczki pracowa?y na pe?nych obrotach.
- Nie. Batman poczeka. Potrzebuj? odpoczynku. To noc Bruce'a Wayne'a.

*

Korek szampana wystrzeli? z hukiem, ci?gn?c za sob? sznur piany. M??czyzna w eleganckiej, kremowej koszuli podstawi? dwa kieliszki, które po chwili wype?ni? p?yn z b?belkami.
- Cudowna noc. Za nasze miasto. - powiedzia? wzruszonym g?osem.
- Nie wypij? za nasze miasto. Nigdy nie mówi? "hop", zanim nie przeskocz? - odpar? drugi u?miechaj?c si? szeroko. - wypij? za zmiany.
Stukn?? swoim kieliszkiem w drugi, wypi? jednym duszkiem i zbli?y? si? do barierki tarasu. Na serdecznym palcu nosi? sygnet, którym wybija? szybki rytm. Deszcz sieka? zaciekle. Powietrze by?o orze?wiaj?ce i przyjemnie ch?odne. Gdzie? w oddali nios?o si? echo syreny policyjnej.
L?ni?ce, pi?trz?ce si? dooko?a miasto bra?o bezcelowy prysznic.
Nied?ugo znów si? pobrudzi.

*

Bruce zmusi? si?, ?eby wsta?. Przekr?ci? si? na ?ó?ku i usiad? na jego skraju. Przetar? oczy. Znowu mia? koszmary. Wierc?c si? przez sen poluzowa? banda?e.
Przestronna sypialnia sk?pana by?a w mroku. Ci??kie firany przys?ania?y okiennice wpuszczaj?c do ?rodka pojedy?cze strumienie ?wiat?a, w których w?ciekle wirowa? kurz. Bruce wsta?, podci?gn?? spodnie pi?amy i na?o?y? czarny szlafrok. Zbli?y? si? do okiennic i jednym ruchem rozci?gn?? zas?ony. ?wiat?o agresywnie wdar?o si? do pomieszczenia o?wietlaj?c pi?kne, eleganckie meble i gustowne obrazy. Bruce zmru?y? oczy, odwróci? si? i ruszy? do biurka, przy którym zostawi? klapki. Przy ka?dym kroku jego stopy zapada?y si? w mi?kki dywan. Na biurku le?a?o ma?e pude?ko, Alfred musia? je zostawi?. W ?rodku po?yskiwa? naszyjnik le??cy na kartce.
"Zapomnia?am o nim wczoraj. Wybacz, ale nie mog? go zatrzyma? - M".
Nagle Bruce poczu? si? strasznie staro. Sta? tak w pustej sypialni czytaj?c raz za razem kartk?. ?ledzi? wzrokiem staranne linie ka?dej literki.
Zagubienie.
Czy mo?na wyj?? z jakiegokolwiek labiryntu bez ?wiat?a wskazuj?cego drog??
Zwykle, ka?dego poranka Bruce rozgrzewa? si? solidn? seri? pompek. Dzi? mia? wra?enie, ?e gdyby upad? na ziemi?, ju? by si? z niej nie podniós?. Nie chodzi?o tu o dokuczaj?ce kontuzje.
Chodzi?o o brak motywacji i jakiegokolwiek poczucia sensu. Najbardziej przyt?aczaj?ca jest ?wiadomo??, ?e sam na siebie to sprowadzi?em, my?la?. Nikt mi nie kaza?, nikt mnie nie zmusi?. To by? mój wybór. A w tej chwili nie jestem pewien, czy wybra?em dobrze. Niczego nie jestem pewien.
Wci?? sta? trzymaj?c kartk?. Drug? d?oni? wyj?? z pude?ka naszyjnik.
Czy naprawd? tylko tyle mi zosta?o po kobiecie, któr? kocha?em?
Któr? kocham?
Nikt nie mo?e da? ci szcz??cia. Nikt poza tob? samym, Bruce.
Od?o?y? kartk? i naszyjnik do pude?ka. Wolnym krokiem podszed? do drzwi i wyszed? na przestronny korytarz zalany ?wiat?em wpadaj?cym przez pot??ne okiennice po prawej stronie. Z ka?dym krokiem Bruce s?ysza? coraz wyra?niej odg?osy dochodz?ce z sali bankietowej.
Otworzy? wysokie drzwi i wszed? do ?rodka. Sala by?a olbrzymia. Pod?u?ne sto?y ci?gn??y si? przez wiele metrów. W rogu by? podest z miejscem na zespó? muzyczny. ?rodek robi? za parkiet, na którym spokojnie mog?oby si? zmie?ci? pi??dziesi?t par. Pomieszczenie utrzymane by?o w jasnych, pastelowych kolorach.
Alfred zastyg? przy sze??dziesi?cio calowym telewizorze z pust? tac? w d?oniach.
Nie zauwa?y? Bruce'a, który stan?? w progu s?uchaj?c wiadomo?ci.
- ...nie potwierdza, ?e uprowadzenia dokona? ten sam cz?owiek. Faktem jest jednak, ?e zbrodnia i porwanie ?udz?co przypominaj? sposób dzia?ania seryjnego mordercy i pedofila, który dwa lata temu terroryzowa? miasto...
Wayne zacisn?? pi??ci. Na telewizorze widnia?o zdj?cie m?odego ch?opca.
- ...zaginione dziecko to o?mioletni Tom Dane...
- Kiedy to si? sta?o? - stanowczy g?os Bruce'a zag?uszy? spikera. Alfred odwróci? si? gwa?townie.
- Czy panicz chce, ?ebym dosta? ataku serca? - kamerdyner wzi?? g??boki oddech i wskaza? d?oni? telewizor - Dzi? w nocy ten chory cz?owiek w?ama? si? do jakiego? mieszkania, zamordowa? ma??e?stwo i porwa? ich syna.
- To wszystko? - spyta? Bruce ?ci?gaj?c brwi.
- Wszystko, co mówi? w telewizji. Czy to mo?liwe, ?e to ten sam potwór, na którego dwa lata temu polowa?o ca?e miasto?
- Na to wygl?da. - odpowiedzia? Wayne id?c w stron? salonu. - B?d? na dole.
- Je?li to ta sama osoba, to policja ma tylko...
- ...dwa dni na znalezienie tego ch?opca - dono?czy? Bruce. Przekroczyl próg salonu i po chwili by? pod zegarem. Przesun?? wskazówki, zatrzaski odskoczy?y i po chwili zbiega? w dó? po ciemnych, stromych schodach.
Mo?e i by? zagubiony, nie wiedzia? co ma robi? ze swoim ?yciem.
Mo?e i pope?nia? b??dy.
By?a jednak jedna rzecz, która zawsze wychodzi?a mu dobrze.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: BlackBat w 24 lipiec 2012, 22:34:59
Uwielbiam Twojego Alfreda, doskonale oddałeś jego charakter! Fajnie, że się pojawił i że wstawiłeś kontynuację. Zaczyna się robić naprawdę interesująco, bardzo podoba mi się Bruce i jego przemyślenia, jest ludzki i realistyczny.
Wątek z pedofilem-mordercą zapowiada się ciekawie, czekam na więcej i trzymam kciuki :)
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 26 lipiec 2012, 16:59:07
Peleryna za?opota?a na wietrze, gdy odsuwa? okno i wchodzi? do ?rodka.
Najpierw poczu? md?y, metaliczny zapach krwi.
Nast?pnie delikatn? nutk? odczynników laboratoryjnych.
Gdy jego wzrok przyzwyczai? si? do pó?mroku panuj?cego w pomieszczeniu zauwa?y?, ?e znajduje si? w obszernym salonie. Naprzeciw majaczy?y drzwi wej?ciowe. Zamek by? wy?amany. Przy jednej ze ?cian sta?a mi?kka kanapa, na której siedzia? Jim. W szk?ach jego okularów odbija?a si? wielka, karmazynowa plama na ?rodku salonu. R?kawy bia?ej koszuli mia? podtoczone. R?ka z papierosem opada?a swobodnie z kraw?dzi kanapy. Stru?ka dymu wirowa?a sennie unosz?c si? w gór?.
- Godzina zgonu? - spyta? Batman zbli?aj?c si? ostro?nie do ka?u?y zaschni?tej krwi.
- Druga trzydzie?ci. - odpar? Gordon wypuszczaj?c dym nosem. - Nikt nic nie widzia?, nagrania z kamer ochrony zagin??y, stró? nocny uduszony garot?. ?eby dosta? si? do ?rodka u?y? ?omu. Elisa Dane nie spa?a, najprawdopodobniej bra?a w tym czasie prysznic. Wszed? do sypialni i zwi?za? ?pi?cego Steven'a Dane'a.
- Brak oznak walki? - spyta? Batman zagl?daj?c do s?siedniego pokoju.
- Znale?li?my jedynie ?lady ci?gni?cia z sypialni do salonu. - Gordon zagasi? papierosa w popielniczce, z trudem powstrzymuj?c atak kaszlu - Wtedy jeszcze ?y?. Nast?pnie morderca najprawdopodobniej skierowa? si? do pokoju Tom'a jego równie? zwi?zuj?c. Na koniec zostawi? sobie ?on?. Poczeka?, a? wyjdzie z ?azienki i zaatakowa? j? lampk?, któr? znale?li?my pobit? ze ?ladami krwi nieopodal.
Batman zwróci? uwag? na przesuni?ty rega?. Na ziemi le?a?y ksi??ki.
- Kobieta nie podda?a si? bez walki. - ci?gn?? Jim - By?o troch? szarpaniny, ale nie mia?a szans. J? te? zwi?za?. U?o?y? obok m??a.
- D?gn?? j? no?em w serce, m??owi poder?n?? gard?o - doko?czy? Batman staj?c przed Jimem.
- Dok?adnie tak. Jak do tej pory wszystko idealnie si? zgadza.
- A pluszowy mi??
Gordon wsta?, podszed? do drzwi wej?ciowych i si?gn?? do wewn?trznej kieszeni swojego p?aszcza. Poda? Batmanowi plastikow? torebk? na dowody. Mroczny Rycerz przesun?? j? pod ?wiat?o. W ?rodku znajdowa?a si? maskotka. Ró?owy królik z marchewk?.
- Domy?lam si?, ?e laboratoryjni nie znale?li ?adnych odcisków palców ani DNA? - spyta? Batman odk?adaj?c pluszowego misia na szklany stolik.
- Nic. Totalnie nic.
- My?lisz, ?e rozpocz?? kolejny cykl?
- A na co ci to wygl?da? - spyta? ironicznie Jim przeczesuj?c w?osy. - Biedny dzieciak. Nie do??, ?e skurwiel odebra? mu rodziców, to jeszcze...
- Tym razem go znajdziemy - uci?? Batman. Zacisn?? z ca?ej si?y z?by.
- Jeste? optymist?. Nie mamy ?adnego tropu, nic! Zupe?ne, totalne zero. - Gordon podszed? do okna, przez które w?lizgn?? si? Mroczny Rycerz i opar? si? o parapet, by zaczerpn?? powietrza. - Nigdy nie znale?li?my miejsca, w którym przetrzymywa? dzieci przed egzekucj?. To jak szukanie ig?y w stogu siana. Dobija mnie my?l, ?e ponownie, jak dwa lata temu, b?dziemy jedynie biernymi obserwatorami krwawej ?a?ni.
Zapad?a cisza. Batman obchodzi? dooko?a salon przygl?daj?c si? uwa?nie ka?demu szczegó?owi.
- Moi ludzie przeczesywali to miejsce sze?? razy. - skomentowa? Gordon.
Nag?y d?wi?k telefonu zelektryzowa? Mrocznego Rycerza, który zastyg? w miejscu. Spojrza? na Jim'a.
- Nie mój - komisarz szybkim ruchem zdj?? okulary i przechyli? g?ow? nas?uchuj?c.
D?wi?k telefonu by? przyg?uszony. Batman zbli?y? si? do torebki z maskotk?, która wibrowa?a na stole. Wzi?? j? do r?ki.
Dlaczego wcze?niej nie zauwa?y?, ?e jest za ci??ka?
Wyj?? pluszowego króliczka ze ?rodka i szybkim ruchem oberwa? mu g?ow?, rozrzucaj?c w powietrzu bia?e k?aki. Komórka dzwoni?a teraz g?o?no, wepchni?ta we wn?trzno?ci.
Mroczny Rycerz wyj?? j? i odebra? po??czenie.
Po drugiej stronie s?ysza? szum.
I czyj? oddech.
- Batman? - spyta? zniekszta?cony g?os.
- Gdzie jest Tom Dane? - wycedzi? przez z?by Nietoperz. Czu? jak krew pulsuje dziko w ?yle na skroni.
- Wymieni? jego za ciebie - odpowiedzia? m??czyzna w s?uchawce.
- Kiedy?
- Dzi?. ?adnych psów, bo zabij? ch?opca.
- Zgoda.
- Nie wiem, czy dobrze zrozumia?e? - g?os sta? si? twardszy, bardziej zdecydowany - je?li us?ysz? w pobli?u syreny policyjne, wypatrosz? go jak indyka. Je?li zobacz?, ?e na którym? z dachów ustawiaj? si? snajperzy, wypruj? mu flaki. Je?li cokolwiek, powtarzam: cokolwiek mi si? nie spodoba, ur?n? mu ?eb i zagram nim w pi?k?.
- Gdzie mam przyj??? - spyta? Batman bior?c wolne, g??bokie oddechy. Gordon chodzi? w kó?ko po pokoju nerwowo pstrykaj?c zapalniczk?, by odpali? papierosa.
- Jest taki nowy biurowiec, jeszcze nieczynny. Na Lestrade Street 9. Pi??dziesi?te pi?tro. Mo?esz u?y? windy. Dzia?a.
- Chc? us?ysze? ch?opca. - Batman podszed? do okna. Jim równie?. Przysun?? si? do s?uchawki.
- Ale? prosz? bardzo - w s?uchawce s?ycha? by?o kroki i s?owa trudne do zidentyfikowania przez szumy. Po chwili odezwa? si? ch?opiec. W jego g?osie s?ycha? by?o przera?enie.
- Batmanie.. pomó? mi prosz?. Potrzebuj? twojej pomocy, uratuj mnie. Tu jest strasznie.
- Tom.. - Batman ?cisn?? stoj?c? nieopodal doniczk?, która p?k?a. Ziemia wysypa?a si? na pod?og?. - id? po ciebie, wszystko b?dzie dobrze.
- Nagadali si?? - w s?uchawce znów odezwa? si? m??czyzna - znasz zasady?
- Znam. Zasady. - Mroczny Rycerz ledwo panowa? nad g?osem.
- Do zobaczenia. Twój przyjaciel James Gordon nie idzie, pami?taj. Chyba, ?e chcecie znale?? Tom'a na haku rze?nickim. - roz??czy? si?.
- I co? - spyta? Jim ?ci?gaj?c brwi.
- To by? on. Chce, ?ebym przysze? sam. Ch?opiec ?yje, rozmawia?em z nim. Ale zginie, je?li morderca zauwa?y policj?. - Batman odda? telefon Jim'owi i wszed? na parapet czuj?c ch?odny powiew wiatru.
- Dlaczego on chce ciebie? Dlaczego si? z nami skontaktowa?? To si? nie trzyma kupy! - gor?czkowa? si? Gordon.
- Mo?e popad? w jeszcze wi?kszy ob??d. Mo?e potrzebuje silniejszych bod?ców. - wylicza? Mroczny Rycerz - Mo?e to nie on.
- Nie mo?esz tam i?? i wpa?? porsto w pu?apk? - Jim z?apa? Batmana za peleryn?. - Zrobimy to cicho. Wezwiemy SWAT...
- Nie. - przerwa? Nietoperz. - Ustawicie si? na pozycjach, ale 3 przecznice od Lestrade Street. ?adnych snajperów na dachach. Nie zrobicie nic, dopóki si? z tob? nie skontaktuj?. Nie dzwo? na komend?, jed? do GCPD bez sygna?u.
- Dobrze - odpar? Gordon.
- Jeszcze jedno, Jim.
- Tak?
- Pu?? peleryn?.
Gordon pu?ci? i odsun?? si? od okna.
Batman skoczy? prosto w przepa?? znikaj?c w mroku.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: Johnny Napalm w 26 lipiec 2012, 17:39:02
Nie, serio... rozpierd@lasz normalnie! Powinieneś to opublikować nawet w niewielkiej formie + do tego dorzucić jakąś fajną okładkę. Na 100% znajdą się chętni na taką książkę. Myślę, że powinna jednak być bez ilustracji w środku, bo sam tekst lepiej oddziałuję na wyobraźnie, a z ilustracjami jest różnie... często są od czapy i nie współgrają z treścią.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 26 lipiec 2012, 21:01:14
Poczekaj Johnny.. ja się dopiero rozkręcam ;)

Na formę książkową nie ma szans. Myślę jednak o przygotowaniu forumowego ebooka ;)

Fajnie, jak są komentarze. Większa motywacja żeby pisać.

Pozdro i dzięki wszystkim, którzy tu zaglądają i śledzą rozwój historii ;)
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 01 sierpień 2012, 20:01:36
Niebo nad Gotham przypomina?o k??bi?c? si? czarn? magm?. Nadchodzi?a burza. Nieliczne prze?wity nocnego nieba rozb?yskiwa?y agresywnie raz za razem. Piorunom wtórowa?y drapie?ne pomruki nadci?gaj?ce z oddali, wprawiaj?ce powietrze w drganie.
Uchwyt by? przymocowany.
Szarpn?? za link?, by si? upewni?. Wzi?? g??boki oddech i zbli?y? si? ty?em do kraw?dzi dachu szklanego biurowca. Kucn?? przechylaj?c si? lekko w ty? i odepchn?? gwa?townie nogami. Poszybowa? kilkana?cie metrów w dó?  i wyl?dowa? stopami na szybie, po której ?lizga?o si? jego odbicie. Odziany w czarny kombinezon ze spiczastymi uszami i pot??n? peleryn? wydawa? si? wype?za? z niespokojnego, nocnego nieba.
Odgarn?? r?k? ?opocz?c? na wietrze peleryn? i spojrza? w dó?. Znów si? odepchn?? luzuj?c jednocze?nie blokad? linki. Odliczy? jeszcze trzy skoki i w ko?cu zawis? na odpowiedniej wysoko?ci. Przekr?ci? si? na linie, wisia? teraz do góry nogami. Si?gn?? do pasa i wyj?? z niego rozk?adan? na teleskopowym uchwycie mini kamer?. W drug? d?o? chwyci? odbiornik z ekranem. Opu?ci? kamer? w dó?. Obraz pokazywa? wn?trze pi??dziesi?tego pi?tra.
Pomieszczenie by?o ogromne i sk?pane w mroku. Mie?ci?o dwa rz?dy stanowisk pracy. W sali by?o ma?o wyposa?enia, z sufitu zwisa?y luzem kable. Tu? przy szybie sta?a drabina i par? wiader z farb?. Przestrze? przecinaj?ca dwa rzedy biurek by?a do?? szeroka i ko?czy?a si? l?ni?cymi drzwiami windy. Po obu stronach pomieszczenia by?y drzwi prowadz?ce do mniejszych pomieszcze? i po?yskuj?ce szyby zas?oni?te przez ?aluzje.
Batman przez d?u?sz? chwil? bada? wzrokiem ka?dy szczegó?.
W ko?cu wyj?? diamentowy nó? i zabra? si? do roboty.

*

Batman przycupn?? i poczeka?, a? jego oczy dostosuj? si? do panuj?cego w ?rodku pó?mroku. Dopiero teraz zauwa?y? posta? siedz?c? na obrotowym fotelu niedaleko windy, mi?dzy biurkami. Mroczny Rycerz przemkn?? po cichu kilka metrów w przód i zamar? w miejscu. St?d widzia? ju? dok?adnie.
Tom Dane.
W?osy ch?opca by?y rozczochrane, podbródek drga? niemal niezauwa?alnie, po brudnych policzkach p?yn??y ?zy. R?ce mia? wykr?cone do ty?u i zwi?zane, tak jak nogi. Batman ?ci?gn?? usta w w?sk? kresk? i jeszcze raz si? rozejrza?, uwa?nie nas?uchuj?c. Oprócz cichego pochlipywania po pomieszczeniu nie rozchodzi?y si? ?adne d?wi?ki. Dziwne. Podejrzane. Instynkt podpowiada? Batmanowi, ?e wchodzi prosto w paszcz? lwa. Czu? to ka?d? komórk? swego cia?a.
Mroczny Rycerz jednak musia? i?? naprzód. Jak najszybciej rozwi?za? ch?opca i wydosta? z tego piek?a.
Móg? si? uto?sami? z Tom'em i zrozumie? jego ból po stracie rodziców. Nie móg? jednak wyobrazi? sobie, przez co przeszed? b?d?c w r?kach psychopaty przez ca?e dwadzie?cia godzin.
Szed? trzymaj?c si? blisko ?ciany, stawiaj?c ostro?ne kroki. Ch?opiec odwróci? g?ow? i spojrza? mu prosto w oczy.
- Batmanie... - wyst?ka? przera?onym g?osem.
Nietoperz by? zaledwie pi?? metrów od ch?opca.
W?a?nie wtedy rozp?ta?o si? piek?o.
Hukn??o. Ze skroni Tom'a trysn??a fontanna krwi zdobi?c poblisk? ?cian? kwiecistym rozpryskiem. Drzwi na przeciwleg?ej ?cianie pomieszczenia bezceremonialnie wylecia?y z zawiasów, kopni?te ci??kim butem. W progu stan?? zamaskowany m??czyzna ubrany jak komandos, w?ciekle pruj?c ogniem z karabinu.
Batman rzuci? si? do przodu, cudem unikaj?c ?wiszcz?cych kul, które wyrywa?y dziury wsz?dzie dooko?a. Przylgn?? plecami do biurka.
?adna ochrona.
Szybko wyjrza? zza ukrycia tylko po to, by zobaczy? jak drzwi po prawej od napastnika równie? si? otwieraj?, tak jak kolejne. Drugi najemnik sia? zniszczenie bli?niaczymi berettami, trzeci trzyma? AK-47, które podrygiwa?o krwio?erczo, wypluwaj?c d?ugie serie, zasypuj?c ziemi? gradem ?usek. Batman schyli? si? i rzuci? biegiem wzd?u? ?ciany, przemykaj?c ko?o siekanych kulami foteli i masakrowanych biurek, z których na wszystkie strony tryska?y drzazgi. Niemal odruchowo z?apa? za klamk? pobliskiego pomieszczenia, w ostatniej chwili zrezygnowa? jednak.
Oni dok?adnie tego chcieli.
Zamiast tego Mroczny Rycerz b?yskawicznie odskoczy? w bok, si?gn?? do pasa i rzuci? w stron? napastników gar?? ma?ych kulek, które wybuch?y g?stym dymem, w mgnieniu oka wype?niaj?c nim ca?e pomieszczenie. Batman przeturla? si? i przylgn?? do ziemi s?uchaj?c, jak wystrzelane na o?lep pociski agresywnie rw? powietrze, masakruj?c sal?. Z sufitu g?sto sypa? si? tynk, biurka rozpada?y si? na kawa?ki, pod?oga nieopodal miejsca gdzie le?a? gwa?townie bucha?a sznurami ognia. Par? razy r?bn??o centymetry od jego g?owy.
Musia? zaryzykowa?.
Szybkim ruchem podniós? si? na kolana, szarpn?? r?k? zrywaj?c mask? i odrzuci? j? w k?t. Wyj?? z pasa obr?cz z dwoma nausznikami i wsun?? j? na g?ow?. Obr?cz skompresowa?a si?, bole?nie dopasowuj?c si? do kszta?tu potylicy. D?wi?koszczelne nauszniki przyssa?y si? do tego stopnia, ?e hucz?ca kanonada pocisków by?a teraz przyt?umiona, wr?cz ledwo s?yszalna, jakby gdzie? daleko w mie?cie odpalano fajerwerki. Batman wyj?? z pasa czarn? kul?, wcisn?? przycisk i rzuci? w stron? atakuj?cych.
Pomieszczenie przeci??y wibruj?ce, ostre jak stal d?wi?ki o mocy stu pi??dziesi?ciu decybeli.
Wszystkie szyby wylecia?y w powietrze.
Wszystkie ?wietlówki zosta?y rozbite w py?.
Z uszu napastników ochoczo chlusn??a krew.
Przez szczerz?ce si? kawa?kami szk?a framugi brutalnie wdar? si? porywisty wiatr, który w mgnieniu oka rozwia? zas?on? dymn?. Batman zerwa? si? na równe nogi, wskoczy? na pobliskie biurko, roz?o?y? r?ce rozrzucaj?c szeroko peleryn?, niby pot??ne skrzyd?a.
Skoczy? na najbli?szego przeciwnika, który zatacza? si? trzymaj?c si? za uszy. Pi?ta Batmana skruszy?a w drobny mak obojczyk m??czyzny, który natychmiast zemdla? z bólu, ci??ko padaj?c na ziemi? obok sterty ?usek. Mroczny Rycerz przeturla? si? asekuracyjnie i szybko spojrza? w bok na pozosta?ych dwóch. Jeden zemdla? lub nie ?y?. Drugi czo?ga? si? z trudem. Batman zerwa? z g?owy obr?cz i przeczesa? kruczoczarne w?osy. Z ostatnich drzwi wybieg? pot??ny, czarnoskóry m??czyzna. W d?oniach trzyma? wielk? bro? zako?czon? jasnym, ta?cz?cym na wietrze p?omieniem.
Miotacz ognia.
Sekund? pó?niej pot??ny, kilkumetrowy j?zor p?omieni lizn?? peleryn? Batmana, gdy ten ratuj?c si? wskakiwa? przez próg do pomieszczenia z wyrwanymi z zawiasów drzwiami. Mroczny Rycerz przeturla? si? klepi?c otwart? d?oni? tl?cy si? materia?. Po chwili uda?o si? go ugasi?. Dooko?a ?mierdzia?o spalenizn?.
- Wychod? skurwysynu! - krzykn?? napastnik.
- Jak sobie ?yczysz - mrukn?? Batman przez z?by. Nie by? z?y.
By? w?ciek?y do granic wytrzyma?o?ci.
Z?apa? le??c? w pomieszczeniu klawiatur? i cisn?? j? przez drzwi na drugi koniec du?ej sali. Gdy rozleg? si? d?wi?k, p?omienie wystrzeli?y w tamtym kierunku. Batman wybieg? z pokoju i skierowa? si? na najemnika, który z determinacj? na twarzy razi? ogniem przeciwgleg?y kraniec pomieszczenia, podpalaj?c to co zosta?o z biurek i foteli. Mroczny Rycerz b?d?c dwa metry od wroga wybi? si? w powietrze, wzi?? zamach i z ca?ej si?y grzmotn?? go w policzek. Zdezorientowany i og?uszony przeciwnik wypu?ci? miotacz, splun?? krwi?, zatoczy? si? i niespodziewanie z?apa? Batmana za gard?o. W tym momencie z sufitu sikn??y zraszacze, hulaj?cy po pomieszczeniu ogie? zasycza? z?owieszczo.
M??czyzna zacisn?? na szyi Batmana drug? d?o?, Mroczny Rycerz z trudem oddycha? i tylko fakt, ?e kombinezon ko?czy? si? dopiero pod szcz?k? uratowa? jego gard?o przez zmia?d?eniem. Si?gn?? po omacku do pobliskiego biurka i chwyci? metalow? rurk?. Chlasn?? ni? na odlew prosto w ?ys? czaszk? napastnika, który poluzowa? chwyt. Batman z?apa? jego kciuk i przekr?ci? o sto osiemdziesi?t stopni, a? chrupn??o. Odskoczy?, wzi?? zamach i uderzy? z nogi prosto w splot s?oneczny. Cios wzdusi? z najemnika powietrze.
Nast?pnie Nietoperz z ca?ych si? kopn?? w kolano, które trzas?o jak sucha ga???. J?cz?cy m??czyzna upad? na ziemi?. W tym momencie, z tych samych drzwi, którymi wbieg? czarnoskóry wypad? kolejny napastnik, trzymaj?cy w d?oniach shotguna. Batman przeskoczy? le??cego najemnika, przejecha? w?lizgiem po wilgotnym od natrysku biurku i spad? na ziemi? u?amek sekundy przed tym, jak pociski wyrwa?y w nim ziej?cy otwór. Mroczny Rycerz odgarn?? mokre w?osy i czuj?c krople uderzaj?ce w jego twarz przeturla? si? za kolejne biurko, które w?a?nie dogasa?o. Przekrad? si? dalej, przemkn?? w cieniu zataczaj?c pó?okr?g, zachodz?c przeciwnika od boku.
Wreszcie z?apa? biurko, za którym przycupn?? i cisn?? nim w najemnika. Ten oberwa? i wypu?ci? z r?k bro?. Batman dopad? do niego i zacz?? masakrowa? pi??ciami. Bi? tam gdzie boli. Krew miesza?a si? z padaj?cym z sufitu deszczem, r?ce Batmana ci?gn??y za sob? warkocze wody. W powietrzu s?ycha? by?o mi?siste d?wi?ki uderze?.
Nos. Gard?o. Splot s?oneczny. Krocze. Na koniec wykr?ci? mu r?k? i z ca?ej si?y pchn?? nog? na drzwi pod przeciwleg?? ?cian?. Najemnicy wcze?niej chcieli zmusi? Nietoperza, by w nie wszed? bior?c go w krzy?owy ogie?.
Pot??na eksplozja rzygn??a p?omieniem, wyrzucaj?c co?, co wygl?da?o jak osmalony melon oraz spl?tane w nie?adzie i osmalone wn?trzno?ci. Podmuch odrzuci? Batmana pod ?cian?. Mroczny Rycerz wsta?, przetar? twarz i niechc?cy opar? si? o w??cznik wzywaj?cy wind?.
Z pewno?ci? by?a zaminowana. Zanim wjedzie z parteru na pi??dziesi?te pi?tro minie troch? czasu.
Batman spojrza? w prawo, gdzie w ka?u?y krwi zmieszanej z wod? le?a? ma?y ch?opiec. Z trudem prze?kn?? ?lin? i przeskanowa? przelotnie zdemolowane pomieszczenie w poszukiwaniu maski. Nie mia? czasu jej szuka?. Rzuci? si? biegiem do drzwi, z których wyszed? najemnik z miotaczem. Po chwili znalaz? si? w korytarzu ??cz?cym bli?niacze wie?owce. ?ciany ??cznika by?y szklane i Batman zauwa?y? dwóch kolejnych m??czyzn, którzy ustawili si? na pozycjach w oknach drugiego budynku.
Mroczny Rycerz by? teraz jak cel na strzelnicy. Upad? na ziemi? w momencie, gdy pociski przeora?y powietrze, naznaczaj?c szklane ?ciany siatk? paj?czych p?kni??. Batman uniós? g?ow? i zobaczy?, ?e drugi m??czyzna trzyma na ramieniu RPG. Pocisk pofrun?? b?yskawicznie w stron? ??cznika, ci?gn?c za sob? smug? dymu. ?wiat eksplodowa?, pod?oga rozst?pi?a si? okraszona g??bokimi p?kni?ciami, w powietrzu wirowa?o szk?o.
Gor?ca i gwa?towna fala rzuci?a Batmanem jak szmacian? lalk? przez jedn? ze ?cian.
Mroczny Rycerz poczu? silne podmuchy wiatru, a ?cisk w ?o??dku powiedzia? mu, ?e spada prosto w obj?cia nocy.
Si?gn?? szybko do pasa obserwuj?c, jak p?on?cy ??cznik wali si?, a jego pot??ne od?amki spadaj? prosto na parking sto pi??dziesi?t metrów ni?ej.
Batman stara? si? zachowa? zimn? krew, co przychodzi?o mu z trudem.
Ci??ko o zimn? krew, gdy p?dzi si? prosto na mokre spotkanie z betonem.
Wreszcie wyszarpn?? z pasa magnetyczny pistolet z lin? i wystrzeli? w jedno z pi?ter budynku. Linka wbi?a si? w szyb? i - o dziwo - czego? si? z?apa?a. Gwa?towne szarpni?cie omal nie wyrwa?o Batmanowi pistoletu z r?ki, lecia? teraz z du?? pr?dko?ci? na szyb?. Skuli? si? w momencie, gdy wpad? do ?rodka rozpryskuj?c dooko?a szk?o. Przeturla? si? i wyl?dowa? na plecach. By? w tym samym budynku, kilkana?cie pi?ter ni?ej.
Odetchn?? g??boko i wsta?.
Pozosta?e szyby p?k?y i wpad?y przez nie pociski z granatników, odbijaj?c si? rado?nie i rozpraszaj?c po ca?ym pomieszczeniu.
?wiat zamar?.
Batman czu? w uszach oszala?e bicie w?asnego serca.
Skoczy? z ca?ych si? w ty?, w stron? windy. Si?gn?? do pasa i wydoby? z niego mini bomb?. Rzuci? przed siebie, w l?ni?ce drzwi windy. Eksplozja wyrwa?a w nich spor? dziur?, przez któr? Mroczny Rycerz wlecia? w pe?nym p?dzie. Tu? za nim ca?e pi?tro eksplodowa?o, wrzucaj?c z impetem osmalone szcz?tki do szybu. Batman bole?nie odbi? si? od jednej ze ?cian i szcz??liwie chwyci? si? metalowej liny po ?rodku. Zjecha? na niej w dó?, nim r?kawice nie stawi?y  prawid?owego oporu. Przez my?l przesz?o mu, ?e si? uda?o.
Nagle zorientowa? si? jednak, ?e lina si? porusza. Poczu? w ?o??dku dziwny ch?ód i spojrza? w gór?.
Winda, któr? wezwa? zaledwie minut? temu by?a kilkana?cie pi?ter nad nim i mkn??a jeszcze wy?ej.
Batman pu?ci? si? i zacz?? spada? jak kamie? na samo dno szybu g?ow? w dó?. Przycisn?? r?ce do cia?a, by zminimalizowa? opór powietrza. Nagle roz?o?y? podziurawion? i osmalon? peleryn? i zacz?? wyhamowywa? pr?dko?? kr?c?c si? gwa?townie wokó? w?asnej osi. W ko?cu z?apa? si? z ca?ych si? liny, zje?d?a? teraz zdzieraj?c materia? z r?kawic, a nast?pnie skór?. W ko?cu pu?ci? i ci??ko wyl?dowa? na dnie szybu.
Mroczny Rycerz szybko uniós? g?ow? i krwawi?c? d?oni? odpali? latark?. Drzwi windy.
Przylgn?? do nich i z ca?ej si?y spróbowa? je rozsun??. Na nic. Nie mia? wi?cej mini bomb.
W tym momencie winda dojecha?a do pi??dziesi?tego pi?tra i wylecia?a w powietrze.
Osza?amiaj?cy huk ze?lizgn?? si? w dó? szybu i uderzy? w Batmana przygniataj?c go do ziemi. Nietoperz rozpaczliwie zerwa? si? na nogi i o?wietli? drug? ?cian?. Zobaczy? zwyk?e, metalowe drzwi.
Desperacko rzuci? si? na nie wybijaj?c je z zawiasów i stoczy? si? po stromych schodach w ciemno??. Tu? za nim, na dno szybu spad?o kilka ton gruzu i poskr?canego metalu, wdmuchuj?c w pomieszczenie chmur? gor?cego py?u i gryz?cego w p?uca dymu.

*

Gdy Batman odzyska? przytomno?? zach?ysn?? si? ?lin? zmieszan? z gorzkim py?em. Przewróci? si? na bok i splun?? soczy?cie. Jedno oko mia? zalepione krwi?. Karmazynowy p?yn s?czy? si? ze zranionej g?owy.
Tom Dane, lat osiem.
Martwy.
Batman, my?la? szybko Bruce, jedyna rzecz, która zawsze wychodzi mi dobrze?
Gówno prawda.
To nie by? on. To nie by? Pluszowy Morderca.
Ca?a rodzina zgin??a tylko dlatego, ?e kto? chcia? dosta? mnie.
Kto? wynaj?? band? uzbrojonych po z?by najemników, by mie? pewno?? ?e znikn? z Gotham na zawsze.
Tom Dane, lat osiem.
Martwy.
Pomó? mi, Batmanie...
Mroczny Rycerz wsta?. G?owa odezwa?a si? okropnym bólem. Zatoczy? si? i opar? o ?cian?. Z?apa? si? za w?osy czuj?c, ?e zawiód? wszystkich.
Siebie.
Gordona.
Bezbronnego ch?opca, który do ostatniej chwili wierzy?, ?e Batman go ocali.
Do??!
Bruce wiedzia?, ?e musi od?o?y? u?alanie si? nad sob? na pó?niej.
Musi te? na chwil? zapomnie? o tych wszystkich satysfakcjonuj?cych rzeczach, które zrobi osobie, która za tym stoi.
- Do rzeczy Bruce, do rzeczy - mrukn?? Batman, jego g?os odbi? si? w ciasnym, sk?panym w mroku pomieszczeniu. Klej?cymi si? od krwi d?o?mi odpali? latark?. Znajdowa? si? w ma?ej, pustej salce. Nie by?o tu nic przydatnego, jedynie puszki elektryczne z bezpiecznikami, kilka miote? i bary?ka z benzyn?.
No i strome schody, po których si? stoczy?. Wyj?cie zawala?a masa gruzu i metalu.
Nie wydostanie si? st?d do czasu, gdy przyb?dzie tu ekipa ratunkowa.
Nie ma maski. Straci? du?o krwi. Nie mog? go znale?? w tym stroju.
Nagle wiedzia?, co musi zrobi?. Krzywi?c si? z bólu zacz?? ?ci?ga? z siebie kombinezon.
W ko?cu zosta? w samych bokserkach i u?o?y? kostium na górze schodów, tu? pod zawalonym szybem windy. Sprawdzi? tylko, czy do pomieszczenia dociera wystarczaj?ca ilo?? tlenu, wyci?gn?? z pasa mask? przeciwgazow? i za?o?y? j?. Odszuka? w k?cie bary?k? z benzyn?, z trudem wszed? po schodach i wyla? zawarto?? na kombinezon, robi?c ma?? stru?k? wzd?u? schodów. Zszed? na sam dó?, usiad? przy stopniach i wyci?gn?? mini palnik.
P?omie? podpali? benzyn? i wspi?? si? ochoczo w gór? schodów, okalaj?c kostium Batmana.
Bruce odsun?? si? w g??b pomieszczenia i oddychaj?c spokojnie przez mask? obserwowa? ta?cz?ce p?omienie.
Po kilku minutach z kombinezonu nie zosta?o praktycznie nic. Lepi?ca si? papka gumy i popio?u. Dym zosta? prawie w ca?o?ci wessany do szybu.
Teraz pozosta?o mu tylko czeka? na ekip? ratunkow?.
I wymy?li? jakie? alibi.
Kurewsko mocne alibi.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: Mr.G w 06 sierpień 2012, 23:26:47
Cóż powiedzieć o Twych pracach Vinc, jeżeli nie to, co odczytywałeś na ich temat do tej pory? To już nawet nie potencjał, to gotowy materiał do druku. Poważnie, czyta się to przyjemnie, z zaciekawieniem. Bogactwo słów, ciekawa historia i sama forma - świetna robota. Szczerze, zazdroszczę Ci i niejako przygasiłeś mój zapał na wrzucanie czegoś od siebie, bo czymże to by było przy Twoim dziele? :]
Sama akcja z najemnikami może nieco się dłużyła. Za dużo suchych, pozbawionych emocjonalnego wyrazu opisów? Lecz to tylko drobiazg na tle całej, naprawdę udanej reszty.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 08 sierpień 2012, 14:53:03
Dzi?ki za komentarz, Mr.G ;) Mam nadziej?, ?e b?dziesz dalej ?ledzi? rozwój historii.

*

Otworzy? oczy. Pierwsz? rzecz?, jak? poczu? by?a sucho?? w ustach. Odruchowo spróbowa? prze?kn?? ?lin?, co wywo?a?o chropowaty ból w prze?yku.
- Panie Wayne? - m?oda, seksowna blondynka w bia?ym kitlu sta?a nad ?ó?kiem trzymaj?c w d?oni kroplówk?. - Witamy z powrotem.
Bruce popatrzy? w jej zielone oczy, nast?pnie zauwa?y? usta rozpromienione w szczerym u?miechu.
- Jeste.. - wychrypia? i natychmiast si? rozkaszla?. Piel?gniarka poda?a mu szklank? z wod?. Spróbowa? j? chwyci? praw? r?k?, gdy zorientowa? si? ?e ma za?o?ony temblak. U?y? lewej, obwi?zanej banda?em d?oni i wzi?? kilka du?ych ?yków cudownie mokrej, wspaniale ch?odnej wody, która sp?yn??a g?adko prze?ykiem przynosz?c obezw?adniaj?ce ukojenie. - Jestem w szpitalu..
- Gotham General, panie Wayne - piel?gniarka pomog?a Bruce'owi poprawi? poduszk?, by móg? usi???. Miliarder skrzywi? si? czuj?c ostry ból w boku. Opar? si? ci??ko i wzi?? g??boki oddech. - gdy stra?acy pana znale?li by? pan nieprzytomny.
- Jak d?ugo? - spyta? Bruce rozgl?daj?c si? po pokoju. Na pó?ce pod oknem sta? bukiet pi?knych kwiatów, butelka Jack'a Daniels'a, s?odkie wino i ma?y stosik listów. - jak d?ugo by?em nieprzytomny?
- Ekipa ratunkowa oczy?ci?a szyb dzie? po zawaleniu - wyja?ni?a ?licznotka zalotnie strzyg?c d?ugimi rz?sami - jest pan u nas trzeci dzie?, panie Wayne.
- Trzeci dzie?.. - powtórzy? Bruce patrz?c rozkojarzonym wzrokiem na okno zas?oni?te ?aluzjami. Przez male?kie szczeliny wlewa?y si? ciep?e promienie zachodz?cego s?o?ca. Mia? m?tlik w g?owie. Musia? straci? przytomno?? zaraz po spaleniu kostiumu.
- No, panie Wayne - nagle przez drzwi energicznie wparowa? wysoki jak tyczka, ?ysiej?cy ju? m??czyzna w bia?ym fraku i okularach z grubymi oprawkami. Na jego widok speszona piel?gniarka po?egna?a si? przyjaznym u?miechem i szybko wysz?a z pokoju. - musz? przyzna? panu jedno. Rzadko tu pana go?cimy, ale gdy ju? pan do nas trafi, nie mo?na narzeka? na nud?. Nazywam si? Charles Ross, jestem ordynatorem Gotham General.
- Mi?o mi. - zdezorientowany Bruce jeszcze ledwo kontaktowa?.
- Pami?tam ze szczeniackich lat, ?e nocne ?ycie w Gotham potrafi da? w ko??, ale to co zobaczy?em gdy pana tu przywie?li, panie Wayne, sprawi?o ?e musia?em przedefiniowa? moje zdanie na ten temat. - lekarz opar? si? o parapet, skrzy?owa? d?onie na piersi i kontynuowa? z ironicznym u?mieszkiem - Patrz?c na pana mo?na odnie?? wra?enie, ?e ka?da noc w centrum Gotham to teraz, przepraszam za niewyszukane s?ownictwo, soczysty wpierdol.
- Prawda, troszk? si? poturbowa?em ostatnio - zacz?? Wayne.
- Nie mówi? o pana obecnym stanie, tylko o starych urazach. O bliznach po no?ach, kulach. O dawnych z?amaniach. Niech pan si? nie martwi, to nie jest przes?uchanie, tylko chora ciekawo??. Powie mi pan, sk?d te wszystkie pami?tki?
- Tak jak pan wspomnia? - odpowiedzia? Bruce przeje?d?aj?c d?oni? po naszpikowanym ostrym zarostem policzku. U?miechn?? si? lekko. - imprezy w Gotham to istny survival.
- Wstrz??nienie mózgu, wybity bark, g??bokie otarcia na obu d?oniach, po których zostan? panu kolejne blizny do kolekcji, skr?cony staw skokowy prawej nogi - lekarz wzi?? do r?ki kart? pacjenta i recytowa? wymieniaj?c kolejne kontuzje - p?kni?te dwa ?ebra. Rtg ?okcia wykaza?o brze?ne oderwanie blaszki kostnej. Wykonali?my artroskopi? w celu usuni?cia ogranicze? ruchu. To pana obecny stan. Przez najbli?szy tydzie? lepiej si? nie przem?cza?,  nie podnosi? ci??arów. Ogólnie radzi?bym uwa?a? na t?tno z uwagi na wstrz??nienie mózgu. Widz? jednak, ?e odzyska? pan dowcip panie Wayne. To dobrze. Oznacza to, ?e jest pan gotów porozmawia? z dwoma funkcjonariuszami, którzy koczuj? pod pana pokojem od wczoraj.
- Policja?
- O tak - odpar? lekarz wychodz?c na korytarz. - nie mog? si? doczeka?.
Zamkn?? za sob? drzwi. Bruce przymkn?? na chwil? powieki próbuj?c zebra? my?li. Czu?, jak przez barier? ?rodków przeciwbólowych przebija si? powoli dokuczliwy, ostry ból g?owy.
D?wi?k klamki sprawi?, ?e Bruce otworzy? oczy. Do ?rodka wesz?o dwóch m??czyzn w garniturach. Jeden by? ?ysy i barczysty, o mocno osadzonych w czaszce oczach. Male?ka blizna rysowa?a si? nie?miale od k?cika prawego oka i ci?gn??a si? a? do ust. Drugi mia? tak pospolit? twarz, ?e gdyby Bruce na chwil? odwróci? wzrok, zapomnia?by jak wygl?da. Wayne wiedzia? jednak, ?e mo?e by? to jego najpot??niejsza bro?. Tacy ludzie ?atwo usypiali czujno??.
- Jestem detektyw Lars, a to detektyw Simon - zacz?? ten z blizn? twardym, nie znosz?cym sprzeciwu g?osem. Obaj stan?li tu? przy ?ó?ku - chcieli?my zada? panu kilka pyta? dotycz?cych ostatnich zdarze?.
- Ch?tnie bym panom pomóg?, ale jak widzicie dopiero odzyska?em przytomno?? po powa?nych urazach - odpowiedzia? Bruce zm?czonym tonem.
- Pa?ski lekarz twierdzi, ?e jest pan w stanie z nami rozmawia?. Je?li pan jednak woli umówimy spotkanie z pana adwokatem. - niemal natychmiast wci?? si? bezp?ciowy Simon.
- Czy potrzebuj? adwokata? - uda? zdziwienie Wayne ?ci?gaj?c brwi.
- Nie wiem. Potrzebuje pan? - odbi? pi?eczk? Lars przechylaj?c lekko g?ow?.
- Jestem o co? oskar?ony? - spyta? prosto z mostu Bruce masuj?c lew? skro?. Sk?d tak ostra gra ze strony tych detektywów? Przecie? pozby? si? kombinezonu. Czy?by co? przeoczy??
- Narazie nie. - odpowiedzia? ?ysy. - Jednak?e pa?ska obecno?? w biurowcu Lestrade Street 9, akurat podczas ob?awy policyjnej rodzi wiele pyta?. Pyta?, które domagaj? si? natychmiastowych odpowiedzi, panie Wayne.
- Wi?c zamieniam si? w s?uch. - odpowiedzia? Bruce. - Postaram si? pomóc jak mog?, miejmy to ju? za sob?.
- Pozwoli pan - u?miechn?? si? g?upkowato Simon - ?e to my zamienimy si? w s?uch. Co pan robi? w biurowcu?
- Spotka?em si? z pi?kn? kobiet?.
- Jak si? nazywa? - spyta? Lars skrobi?c rysikiem po palmtopie.
- Selina Kyle. - odpar? bez wahania.
- Co? mi mówi to nazwisko - Simon zwróci? si? do partnera.
- O której godzinie i dlaczego w tym budynku? - Lars zignorowa? kompana i skupi? si? na mia?d?eniu wzrokiem Bruce'a.
- To co tu mówi? oczywi?cie zostanie mi?dzy nami, prawda? - spyta? z lekkim u?miechem Bruce, nie zrywaj?c kontaktu wzrokowego. Chcesz si? pobawi? detektywie? Prosz? bardzo.
- Chcemy uzyska? od pana informacje w celu popchni?cia do przodu ?ledztwa. Nie interesuje nas, z kim pan sypia. Wszystko zostaje w tym pokoju i w raporcie, który spisz? dla moich prze?o?onych. - odpar? mechanicznie ?ysy, wyra?nie zniecierpliwiony. - Do rzeczy, panie Wayne.
- Spotkali?my si? o 18:00, nieopodal biurowca, o którym pan wspomnia?. Dzia? marketingu Wayne Enterprises wykupi? parter i dwa pierwsze pi?tra budynku. Poniewa? jestem prezesem, posiadam kluczyki. Potrzebowali?my z pann? Kyle prywatno?ci, a biurowiec oficjalnie jest zamkni?ty.
- Rozumiem, ?e pani Kyle potwierdzi pana wersj? wydarze??
- Oczywi?cie.
- Dobrze. Co by?o dalej? - pieczo?owicie notowa? Lars.
- Udali?my si? na drugie pi?tro. Sp?dzili?my bardzo mi?o czas. - opowiada? dalej Bruce. - Oko?o godziny 20:00 Selina stwierdzi?a, ?e musi wraca?. Pojecha?a, a ja zosta?em posprz?ta?. Przez szyb? zobaczy?em kilu uzbrojonych ludzi, id?cych w kierunku wej?cia do budynku od strony parkingu...
- Ilu ich by?o i jak wygl?dali? - wci?? si? Lars. Zacisn?? usta, a? zbiela?y. Simon wbi? wzrok w twarz Wayne'a.
Bruce zmru?y? oczy. Tylko si? nie potknij, dasz rad?, my?la?.
- Widzia?em czterech. - Wayne skierowa? wzrok do góry i w prawo. Normalny cz?owiek w?a?nie w ten sposób przypomina sobie wydarzenia. K?amcy automatycznie patrz? do góry i w lewo. Wiedzia?, ?e Simon uwa?nie obserwuje jego mow? cia?a. Móg? mie? jedynie nadziej?, ?e detektyw si? nabierze. - Ubrani byli w wojskowe spodnie, kamizelki kuloodporne. Trzech z nich mia?o gogle na twarzy. Jeden by? czarny, ten nie mia? na twarzy nic. By? pot??ny. Wszyscy wygl?dali jak komandosi. Nie?li w d?oniach bro? i czarne torby z czym? ci??kim. Spanikowa?em, my?la?em ?e przyszli po mnie, ?eby mnie porwa? dla okupu. Wys?a?em wind? na górne pi?tra i zablokowa?em j? za pomoc? mojej karty dost?pu. Wiedzia?em, ?e b?d? musieli u?y? schodów. Za pomoc? kodu otworzy?em drzwi windy i skoczy?em na lin?. Ze?lizgn??em si? troch? w dó? ?cieraj?c sobie skór? z d?oni. By?o ciemno, my?la?em ?e dno szybu jest ju? niedaleko, wi?c si? pu?ci?em. Wysoko?? okaza?a si? jednak wi?ksza ni? wyliczy?em i mocno si? pot?uk?em. Po omacku znalaz?em jakie? drzwi i stoczy?em si? ze schodów trac?c przytomno??. Nic wi?cej nie pami?tam, obudzi?em si? tutaj.
- Karta dost?pu zosta?a w drzwiach? - dopyta? si? ?ysy.
- Zgadza si?.
- Widzia? pan dziecko? - Lars podniós? wzrok znad palmtopa.
- Dziecko?
- Ch?opiec, osiem lat. Tom Dane, zapewne s?ysza? pan w wiadomo?ciach, zosta? porwany. Widzia? go pan?
Czy widzia?em?
Batmanie.. pomó? mi prosz?.
- Niestety, nie przypominam sobie. - odpar? mechanicznie Bruce, próbuj?c odegna? sprzed oczu obraz Tom'a w ka?u?y krwi.
Potrzebuj? twojej pomocy, uratuj mnie.
- Ale widzia? pan wiadomo?ci? - naciska? Lars.
Tu jest strasznie.
- Tak. Widzia?em. Pedofil porwa? ch?opca. - Wayne obliza? wysuszone wargi.
- Powodem, dla którego m?czymy pana tymi pytaniami jest fakt, ?e znalaz? si? pan w nieodpowienim miejscu, w nieodpowiednim czasie. - ?ysy detektyw schowa? palmtop do kieszeni i podrapa? si? w brod? - Ci ludzie nie chcieli dosta? pana, tylko Batmana. U?yli ch?opca jako przyn?ty.
- Czy.. - zacz?? Bruce.
- Obaj nie ?yj?. Zarówno ch?opiec, jak i Batman.
- Jak..?
- Panie Wayne. Gdy pan drzema? sobie smacznie w podziemiach, na górze dzia? si? istny armagedon. Je?li chce pan si? czego? dowiedzie?, radz? sprawdzi? serwisy informacyjne. - uci?? rozmow? Simon. - Sprawdzimy, czy to co nam pan powiedzia? zgadza si? z monitoringiem biurowca.
Bruce spokojnie patrzy? na detektywa.
Detektyw spokojnie patrzy? na Bruce'a.
- Oczywi?cie - u?miechn?? si? ?yczliwie Wayne. S?aby blef, panie detektywie, pomy?la?. Podczas porwania ch?opca zadbano, by monitoring by? wyczyszczony. Za zasadzk? stoj? ci sami ludzie, wi?c zapisy z kamer biurowca zapewne te? przepad?y. To byli fachowcy.
- To narazie wszystko. - powiedzia? Lars cofaj?c si? w kierunku drzwi. - Je?li b?dziemy czego? jeszcze potrzebowali, skontaktujemy si? z panem.
Simon odwróci? si? na pi?cie i znikn?? w progu wraz ze swoim partnerem.
Gdy zamkn??y si? za nimi drzwi, w pokoju zapanowa?a cisza.
Bruce wzi?? do r?ki ma?y pilocik i wcisn?? przycisk wzywaj?cy piel?gniark?.
Teraz to on uzyska kilka odpowiedzi.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: BlackBat w 11 sierpień 2012, 00:56:39
Nareszcie miałam czas doczytać, cholera jasna- to jest świetne, lepsze z każdym kolejnym fragmentem! Dawno nie czytało mi się tak dobrze a zwrot "eksplozja rzygnęła płomieniami" z jakiegoś powodu uważam za epicko za*ebisty  ;D Jestem ciekawa, co będzie dalej :)
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: jakura w 11 sierpień 2012, 10:53:45
Dobre:) I ciekawie nawiązujące do opowieści o Burzycielu:)
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 11 sierpień 2012, 17:49:57
Dzi?ki za komentarze ;) Z miejsca jest wena, by dalej pisa?!

@ jakura

Nawi?zanie nie by?o celowe. Gdy przeczyta?em co napisa?e? pobieg?em przekartkowa? moje komiksy z TM-Semic i znalaz?em ten o Burzycielu. Rzeczywi?cie, nieumy?lnie nawi?za?em do tego komiksu ;)

*

Oto James Gordon:
- Z drogi! – krzykn?? popychaj?c policjanta, wskoczy? na fotel kierowcy i zatrzasn?? drzwi radiowozu.
Wrzuci? bieg, docisn?? gaz i z piskiem opon wyrwa? do przodu w??czaj?c zawodz?cy sygna?.
- Do wszystkich jednostek! – Jim krzycza? do mikrofonu, drug? r?k? kr?c?c gwa?townie kierownic? – obstawi? bli?niacze biurowce przy Lestrade Street, numery 9 i 10! Oddzia? specjalny alfa, jak najszybciej dosta? si? na pi??dziesi?te pi?tro numeru 9! Oddzia? beta, zabezpieczy? parter drugiego budynku!
Gordon odrzuci? mikrofon, by uchwyci? kierownic? obur?cz. Opony piszcza?y zaciekle, gdy radiowóz wchodzi? w?lizgiem w ostry zakr?t. Si?a bezw?adno?ci rzuci?a maszyn? na poblisk? latarni?, robi?c brutalne wgniecenie w drzwiach pasa?era. Gordon ledwo wymanewrowa?, by nie wpa?? na pobliski budynek, przemkn?? po kraw??niku i wjecha? na g?ówn?, trzypasmow? drog?, która ko?czy?a si? strzelaj?cymi w niebo, bli?niaczymi biurowcami. Z radiowozem zrówna?a si? ci??arówka oddzia?u SWAT,  lusterka o?lepia?y niebiesko-czerwonymi rozb?yskami ponad trzydziestu policyjnych samochodów.
Po chwili wszystkie auta gwa?townie wyhamowa?y, z pojazdów zacz?li wysypywa? si? policjanci, ci??arówki SWAT wypluwa?y uzbrojonych po z?by ludzi. Gordon wyskoczy? z radiowozu, wyci?gn?? z kabury pistolet i spojrza? w gór?. Na pi??dziesi?tym pi?trze brakowa?o okien, co chwila bucha? przez nie ogie?.
- Sta?! – Jim przytrzyma? dowódc? jednostki specjalnej, który uniós? d?o? nakazuj?c podw?adnym utrzyma? pozycj?.  Gordon obliza? wargi, przetar? spocone czo?o i zbli?y? si? do budynku. Kto? szarpn?? go za rami?.
- Dlaczego wstrzymujesz ludzi? – w oczach Bullock'a b?ys?o zdziwienie. Sekund? pó?niej wybite okiennice pi??dziesi?tego pi?tra hukn??y kilka razy wystrza?ami z shotguna.
- W ?rodku trwa strzelanina, Harvey! – Gordon zrzuci? z ramienia d?o? przyjaciela – nie po?l? ludzi do ?rodka, póki nie dowiem si?, co si? tam do cholery jasnej dzieje.
Komisarz wyszarpn?? krótkofalówk?.
- Wzywam helikopter na Lestrade Street 9, natychmiast!
- Zrozumiano – odpowiedzia? zniekszta?cony g?os. W tym czasie policjanci okr??yli biurowce i rozci?gn?li ta?m?.
- James! – krzykn?? Harvey, zast?puj?c  Gordon'owi drog?. – je?li w ?rodku jest ten dzieciak... Czy ty wiesz co to oznacza?!
- ?e wdepn?li?my w g??bokie gówno! – Jim roz?o?y? gwa?townie r?ce – powiedz mi co?, czego nie wiem, Harvey!
W tym momencie pot??na kula ognia b?ysn??a mi?dzy budynkami. Pot??ny grzmot zaskoczy? wszystkich policjantów. ??cznik mi?dzy budynkami przesta? istnie?, ci??kie gruzy sfrun??y w dó?, masakruj?c zaparkowane samochody, w tym jeden radiowóz. W gór? wzbi? si? gorzki py?, zapanowa? chaos. Gordon otrzepa? p?aszcz i gor?czkuj?c si? dopad? do pobliskiego funkcjonariusza. Strz?chn?? go za ramiona.
- By? tam kto? z naszych?!
- Nie, sir. Radiowóz by? pusty – odpowiedzia? przera?ony ?wie?ak – otoczyli?my oba budynki, w parking pomi?dzy wjecha?a tylko jedna jednostka SWAT, która zabezpiecza?a parter drugiego budynku.
- Dobrze, dobrze - Jim z trudem ?apa? powietrze - wezwij stra? po?arn?, synu.
Gordon odkr?ci? si? od podw?adnego. Dooko?a noc b?yska?a policyjnymi lampami, reflektory maca?y strumieniami ?wiate? wysoki biurowiec, funkcjonariusze utworzyli wokó? budynków ciasny kordon z samochodów, naje?ony lufami pistoletów wystaj?cych znad pootwieranych drzwi.
Jim znalaz? si? w potrzasku.
Nie mia? zielonego poj?cia, co ma robi?. Wiedzia? tylko jedno.
Jest tragicznie, b?dzie jeszcze gorzej.
U góry sykn??o, trzydzieste pi?tro buchn??o ?arem, wyrzucaj?c w noc resztki wybitych szyb.
Co tam si? dzieje do cholery jasnej?
Gordon szed? szybkim krokiem w stron? policyjnej barykady, wprost na czekaj?cy w pogotowiu oddzia? SWAT.
Harvey wyszed? naprzeciw.
- ON na pewno jest w ?rodku? - spyta?.
- Tak.
- No to troch? mi ul?y?o - odpowiedzia? Harvey ?cieraj?c pot z czo?a.
- Dlaczego?
- Oznacza to, ?e jest kto?, kto wdepn?? w wi?ksze gówno ni? my, James.
Gordon skarci? Bullock'a zimnym jak lód spojrzeniem.
Uniós? do ust krótkofalówk?.
- Beta, meldujcie, odbiór.
Cisza.
- Beta, meldujcie, odbiór! - komisarz zatrzyma? si? w miejscu i obróci? na pi?cie, by spojrze? na bli?niaczy biurowiec. Jednostka taktyczna mia?a zabezpieczy? jego parter. Dlaczego nikt si? nie odzywa? Tylko tego mi brakowa?o, st?kn?? w my?lach Gordon.
- Teren zupe?nie czysty, parter zabezpieczony, odbiór - szeleszcz?cy g?os z krótkofalówki sprawi?, ?e Jim wzi?? g??boki oddech. - co si? u was dzieje, s?yszeli?my kolejn? eksplozj?.
Gordon otworzy? usta, by odpowiedzie? lecz w tej chwili pi??dziesi?te pi?tro po raz kolejny da?o pokaz fajerwerków.
Mia?d??cy huk naznaczy? liniami p?kni?? szyby pobliskich pi?ter, ogie? bezczelnie wyci?gn?? w noc d?ugie macki p?omieni.
Policjanci padli na ziemi?. Kawa?ki gruzu zabarabani?y o karoseri? samochodów.
Harvey podbieg? do Gordon'a i z wielk? si?? podniós? go z ziemi.
- Wszystko w porz?dku? - spyta? prowadz?c James'a w stron? policyjnej zapory, kopi?c po drodze dymi?cy kawa?ek skr?conego plastiku le??cy na ziemi.
- Nie, nie jest w porz?dku - sykn?? Gordon zdejmuj?c okulary - gdzie do cholery jasnej jest ten ?mig?owiec?!
- Komisarzu! - krzykn?? kto? z ty?u.
Jim obejrza? si? i zobaczy? m?odego funkcjonariusza, trzymaj?cego co? czarnego w d?oni.
- To spad?o na mój radiowóz - wyja?ni? policjant oddaj?c znalezisko w r?ce Jim'a.
Gordon nic nie odpowiedzia?.
Czas si? dla niego zatrzyma?.
Zach?ysn?? si? powietrzem.
Serce przesta?o bi?.
Niemo?liwe. To niemo?liwe, powtarza? w my?lach patrz?c w puste oczodo?y czarnego, osmalonego he?mu.
Przejecha? opuszkami palców po stopionych rogach.
Dok?adnie w tym momencie b?ysn?? o?lepiaj?cy flesz.
- Zabra? go st?d! - rykn?? Harvey, ?ciskaj?c za fraki m??czyzn? w motocyklowej kurtce.
- Mam prawo robi? zdj?cia! - odpiskn?? ?a?osnym g?osem fotograf, tul?c do piersi aparat, niczym ?wi?tego Graala.
- Masz prawo st?d spierdala?! - hukn?? Bullock rzucaj?c m??czyzn?, niby szmacian? lalk?. Facet wpad? w obj?cia dwóch funkcjonariuszy - zabra? go st?d i skonfiskowa? aparat! Kto go tu do cholery jasnej wpu?ci??!
Harvey wróci? do Gordon'a, który przypomina? nieruchomy pos?g. Pos?g patrz?cy pustym wzrokiem na zniszczon? mask? Batmana.
- Jim.. - Bullock szarpn?? przyjaciela za p?aszcz - Jim!
Komisarz nie s?ucha?. W?o?y? okulary i spojrza? przed siebie, na drugi biurowiec, z którego g?ównych drzwi w?a?nie wymyka? si? oddzia? SWAT.
- Beta, co robicie? Odbiór. - wykrztusi? Gordon twardym tonem do krótkofalówki.
Dowódca jednostki wsiad? przez drzwi kierowcy do furgonetki stoj?cej nieopodal, ostentatycjnie wyrzuci? przez okno swój komunikator.
Reszta za?ogi wbieg?a do ?rodka od ty?u i zatrzasn??a drzwi. Pojazd wystartowa? z piskiem opon, mia?d??c tarasuj?cy przej?cie radiowóz.
Niemo?liwe.
Gordon rzuci? si? biegiem w kierunku drzwi, z których wyszed? oddzia? specjalny.
- Do wszystkich jednostek! - rykn?? do krótkofalówki. - Zatrzyma? oddzia? beta za wszelk? cen?! Powtarzam: to nie s? nasi ludzie, otworzy? ogie?!
Policjanci zostawili radiowozy, odbiegli od kordonu i w chwil? pó?niej ich lufy splun??y ogniem w kierunku znikaj?cej za zakr?tem furgonetki. By?o za pó?no. W po?cig rzuci?a si? druga jednostka SWAT.
- Dopadniemy ich komisarzu - zatrzeszcza?a krótkofalówka. Funkcjonariusze zacz?li wsiada? do aut i startowa? z piskiem.
Jim wpad? przez drzwi wej?ciowe do recepcji biurowca. Zobaczy? w mroku nagie cia?a le??ce po ?rodku i bia?? mgie?k? ?ciel?c? si? po pod?odze. Gordon zakaszln?? i poczu?, ?e traci równowag?. Wytoczy? si? ze ?rodka i z?apa? oddech powietrza. Upad? na kolana czuj?c, ?e odp?ywa.
- Tu oddzia? alfa - Jim us?ysza? g?os z krótkofalówki w momencie, gdy przylgn?? twarz? do zimnego betonu, rozpaczliwie staraj?c si? zachowa? przytomno?? - stracili?my z oczu furgonetk?, powtarzam: zgubili?my cel, odbiór.
- Rozp?yn?li si? w powietrzu! - rzuci? kolejny g?os.
Komisarz przekr?ci? si? na plecy i patrzy? na ognie strzelaj?ce z bli?niaczego biurowca. S?ysza? krzyki, s?ysza? zbli?aj?ce si? kroki i nawo?ywania Bullock'a.
Oto James Gordon.
Oto koniec jego policyjnej kariery.

*

To jest dobry dzie? dla Vicky Vale.
Zbiega?a w?a?nie po schodach na bosaka, szpilki wyrzuci?a par? pi?ter wy?ej.
Musia?a jak najszybciej dosta? si? na parking.
- Jak ci? tam nie b?dzie wyrw? ci nogi z dupy, s?yszysz? - krzykn??a podekscytowana do s?uchawki zeskakuj?c z ostatnich stopni. - Brzmi jak materia? roku, mo?emy tam by? pierwsi! Do zobaczenia na miejscu, pa!
Schowa?a telefon, po czym napar?a na drzwi, które trzasn??y odbijaj?c si? od ?ciany.
Wypad?a na parking, bieg?a w stron? swojego auta.
Zadzwoni? telefon.
- Oby to by?o co? wa?nego! - sykn??a przyciskaj?c policzkiem s?uchawk? do ramienia, desperacko szukaj?c kluczyków w torebce.
- Panno Vale - odezwa? si? m?ski g?os - mam dla pani redakcji propozycj? nie do odrzucenia. Mam na sprzeda? pewne zdj?cie...
Facet mówi? dalej. Vicky wypu?ci?a z r?k kluczyki ch?on?c kolejne s?owa, na jej twarzy odmalowa?o si? przera?enie, po chwili zdziwienie, a? w ko?cu na ?licznej twarzy wykwit? radosny u?miech.
Tak.
To jest dobry dzie? dla Vicky Vale.

*

Alfred Pennyworth jest najwierniejszym lokajem, jakiego mo?ecie sobie wyobrazi?.
Honorowo pos?uszny. Szlachecko rozwa?ny. Bez reszty oddany.
Gdyby?cie mieli ca?e ?ycie na wykonanie jednej, prostej misji: znalezienia kogo?, kto móg?by go zast?pi?; zabrak?oby wam czasu.
Dlatego, ?e Alfred jest niezast?piony.
Czy by? przyjacielem Bruce'a?
Nie. By? jego ojcem.
Czy zna? go najlepiej ze wszystkich ludzi z otoczenia Wayne'a?
Nie. Wi?cej. Zna? go lepiej, ni? on zna? siebie samego.
Batman bez Alfreda by? jak auto bez kó?.
Jak pistolet bez magazynku.
Jak manierka bez wody na ?rodku pustyni.
Dlaczego Pennyworth da? si? wci?gn?? w to szale?stwo?
Nie wiedzia? ju? sam, nie pami?ta?.
Pami?ta? jednak dobrze pierwsze miesi?ce. Miesi?ce przera?aj?cego l?ku, obezw?adniaj?cego strachu.
Czy Bruce wróci tej nocy? Czy zginie od kuli lub no?a? Miesi?ce ukrywanej rozpaczy, drgaj?cych ze wzruszenia ust, wilgotniej?cych oczu na powtarzaj?cy si? widok poturbowanego cia?a najwi?kszego przyjaciela.
Syna.
Szwy. Krew. Opatrunki.
Mijaj?ce lata cz??ciowo uodporni?y Alfreda na tego typu widoki.
Nigdy jednak nie zdo?a? okie?zna? przera?aj?cego, pe?zn?cego niczym ?liski w?? wzd?u? kr?gos?upa l?ku, który towarzyszy? Alfredowi za ka?dym razem, gdy Bruce wychodzi? w nocy. Ka?da noc Batmana by?a te? noc? Alfreda.
Noc? przesiedzian? w fotelu przy szklance kawy w pustym salonie, w mi?kkim akompaniamencie ksi??ycowej po?wiaty wlewaj?cej si? przez pos?pne okiennice.
Noc? nerwowych kroków wzd?u? kuchni i z powrotem, przy w??czonym kanale informacyjnym.
?ciskaj?cy ból w ?o??dku na d?wi?k kolejnych wiadomo?ci.
Strach, ?e za chwil? us?yszy s?owa, których tak si? obawia?. Które zmieni? wszystko.
Tej nocy us?ysza?. Tej nocy zmieni?o si? wszystko.

Butelka z winem le?a?a na stole, czerwony p?yn sp?ywa? w dó? po nó?ce, ??cz?c si? w rozrastaj?c? si? ka?u??.
Alfred trzyma? si? jedn? r?k? ?ciany, drug? ?ciska? swoj? pier?.
Jego serce mia?o za moment eksplodowa?. Szumi?ca krew przelewa?a si? w jego skroni, cz??ciowo zag?uszaj?c wiadomo?ci.
Na pasku informacyjnym, wielkimi literami krzycza? napis:

BATMAN NIE ?YJE

Vicky Vale sta?a z mikrofonem.
Za jej plecami p?on??o kilka pi?ter wysokiego biurowca. Wokó? by?o pe?no policji.
Vicky Vale wypowiada?a kolejne s?owa, które by?y dla Alfreda jak gwo?dzie do trumny.
- ...przera?aj?ce wie?ci. Otrzymali?my zdj?cie, z którego mo?na wywnioskowa?, ?e Batman zgin?? w jednej z eksplozji, podczas próby uratowania ch?opca.
Reporterka znikn??a z ekranu, ust?puj?c zdj?ciu. Siwiej?ce w?osy komisarza by?y rozwiane przez wiatr. W szk?ach jego okularów odbija? si? ogie?. G?owa skierowana by?a w dó?. D?onie zaciska?y si? kurczowo na osmalonej, pustej masce Batmana.
Alfred co chwila zerka? na ekran z sygna?em GPS kostiumu Bruce'a.
Ekran by? pusty.

*

Drzwi windy otworzy?y si? i wy?oni?o si? z niej dwóch m??czyzn. Nie rozgl?dali si? na boki, maszerowali przed siebie równym krokiem.
Na ich widok rozmowy w G?ównej Komendzie Policji Gotham umilk?y.
Obaj mieli czarne, dobrze skrojone garnitury i czarne krawaty. Ró?nili si? wiekiem. Jeden z nich mia? siwe, zaczesane do ty?u w?osy i twarde rysy twarzy.
Drugi by? m?odym m??czyzn?, kruczoczarne proste w?osy nosi? w eleganckim nie?adzie. Jego twarz przybra?a mask? oboj?tno?ci, by?o jednak czu? od niego strach.
A mo?e niepewno???
Obaj szli nie zwracaj?c uwagi na zastyg?ych przy swoich biurkach policjantów. Przywykli. Maszerowali prosto na drzwi z napisem "Komisarz James Gordon".
Harvey w?a?nie sta? przy automacie i s?czy? trzeci? kaw? z rz?du, gdy zobaczy? co si? dzieje. Po?piesznie odstawi? kubek na stolik i ruszy? ?wawym krokiem do drzwi komisarza. Zagrodzi? je w?asnym cia?em.
Dwaj m??czy?ni si? zatrzymali.
- Harvey Bullock. - dono?ny i g??boki g?os starszego z go?ci zak?óci? dziwn?, przyprawiaj?c? o dreszcze cisz?.
- Alex Randall. - wycedzi? Bullock przez z?by. Mia? min?, jakby w?a?nie prze?u? i po?kn?? ca?? cytryn?. Bez popicia. - Komisarz jest zaj?ty i nie nale?y mu przeszkadza?.
- Zejd? mi z drogi dziwaku. Chyba, ?e szukasz k?opotów. - Randall obejrza? Harvey'a od stóp do g?owy. U?miechn?? si? ironicznie - przy twoich zarobkach i w?tpliwej przesz?o?ci czeka?bym spokojnie na emerytur?. Po co sra? sobie w papiery na staro???
Drzwi za Bullockiem otworzy?y si? i stan?? w nich James Gordon. Na widok Randalla ?ci?gn?? brwi i zdj?? wolnym ruchem okulary.
- Ju? dobrze Harvey. - powiedzia? chrypi?c. Odchrz?kn?? i gestem zaprosi? obu m??czyzn do ?rodka. Wygl?da?, jakby w ci?gu kilku ostatnich godzin postarza? si? o dziesi?? lat.
Bullock zszed? na bok, patrz?c si? na Randall'a, jakby chcia? podci?? mu nogi i z ca?ej si?y kopn?? w twarz. A potem jeszcze raz.
I jeszcze.
Prosto w ten jego g?upkowaty u?mieszek.

*

Gordon zamkn?? drzwi i usiad? w fotelu. Wn?trze gabinetu o?wietla?a tylko ma?a lampka na stole. Wszystko by?o sk?pane w dymie unosz?cym si? z papierosa zostawionego w popielniczce. Randall podszed? do okna i otworzy? je na o?cie?, zapraszaj?c do ?rodka orze?wiaj?ce, deszczowe powietrze i odg?osy miasta. Gdzie? daleko jecha?a karetka na sygnale. Kto? tr?bi?.
- To jest Richard Wells - Alex okr??y? stó? i stan?? naprzeciw Jim'a. Skin?? g?ow? na swojego partnera, który w?a?nie sko?czy? zas?ania? ?aluzje, odcinaj?c pomieszczenie od reszty komisariatu.
Gordon nic nie mówi?.
Siedzia? czekaj?c na wyrok.
Randall spojrza? James'owi prosto w oczy i cmokn??.
- Oddasz mi swoj? odznak? i bro?. Zostajesz zawieszony do czasu zako?czenia ?ledztwa dotycz?cego ?mierci Tom'a Dane'a, a tak?e twoich powi?za? z m?cicielem znamym opinii publicznej jako Batman. Jeste? oskar?ony o dopuszczenie si? powa?nych zaniedba?, prowadz?cych bezpo?rednio do ?mierci ch?opca, a tak?e o udost?pnianie poufnych szczegó?ów ?ledztwa Batmanowi - Alex cedzi? kolejne s?owa z nieukrywan? satysfakcj?. Na koniec rzuci? na stó? jaki? dokument - Wydzia? Wewn?trzny przejmuje komisariat. Ja przejmuj? twoje stanowisko i wszystkie sprawy, które aktualnie prowadzisz.
Gordon zagasi? papierosa, wsta? i opar? si? pi??ciami na stole. Spojrza? na Richard'a. Wydawa?o mu si?, ?e zobaczy? w jego oczach wspó?czucie.
Odpi?? kabur?, po?o?y? na stó?. Zdj?? oznak?, spojrza? na ni? przelotnie i upu?ci? na biurko.
Odznaka zako?ysa?a si? i znieruchomia?a nagle.
Jim wyj?? z paczki kolejnego papierosa.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 14 sierpień 2012, 14:20:03
Relacja piel?gniarki dobieg?a ko?ca. Bruce wiedzia? ju? prawie wszystko.
W rogu pokoju sta? telewizor, w którym akurat nadawano specjalne wydanie reporta?u Gotham Tonight, po?wi?cone strzelaninie w biurowcu. Program zgrabnie uzupe?ni? pozosta?e luki.
- ...pozostaje zagadkowa obecno?? w budynku milionera Bruce'a Wayne'a. - obraz z kamery przedstawia? w?a?nie ekip? stra?ack?, wywlekaj?c? z budynku Bruce'a na noszach. Mia? za?o?ony aparat tlenowy, jego cia?o by?o umorusane w zaschni?tej krwi i sadzy. Policja odgradza?a w?ciek?ych fotoreporterów b?yskaj?cych fleszami. - Nie wiemy, w jakich okoliczno?ciach si? tam znalaz?, faktem jest jednak, ?e cudem unikn?? ?mierci. Tajemnica, jak? owiana jest ta sprawa nakazuje nam zadawa? pytania. Podstawowym jest: czy Bruce Wayne, prezes Wayne Enterprises jest w jakikolwiek sposób powi?zany z wydarzeniami sprzed czterech dni? Policja nie potwierdza, ani nie zaprzecza. Niestety ?aden z funkcjonariuszy nie chcia? z nami dzi? rozmawia? na ten temat.
Nagle, pod logiem kana?u pojawi? si? napis "na ?ywo". Akcja przenios?a si? na chwil? do studia, gdzie urocza spikerka kontynuowa?a:
- Przenosimy si? teraz pod szpital Gotham General, gdzie obecnie przebywa nasza reporterka, Vicky Vale. Vicky, jak mnie s?yszysz?
Kamera ukazywa?a szpital. Przed drzwiami wej?ciowymi sta?a pon?tna brunetka. W?osy u?o?y?a w fantazyjn? fryzur?, wygl?da?a jakby dopiero wysz?a od fryzjera. Mia?a ostry makija?, gro?nie b?yska?a wielkimi oczami, jej g?os by? stanowczy i seksowny.
- G?o?no i wyra?nie, Kate. Tak jak wspomnia?a? jestem pod szpitalem, niestety ochrona Gotham General otrzyma?a bezpo?rednie polecenie od ordynatora, Charles'a Ross'a, by nie wpuszcza? do ?rodka dziennikarzy. Lekarze odmawiaj? tak?e udzielenia jakiejkolwiek informacji o obecnym stanie zdrowia Bruce'a Wayne'a...
Ekran zgas?. Bruce od?o?y? pilot na pó?k?.
- Dzi?kuj?, ?e znalaz?a? czas, ?eby mi to wszystko pouk?ada?. - zwróci? si? do piel?gniarki.
- Ale? naprawd?, panie Wayne, ?aden problem - dziewczyna u?miechn??a si? ciep?o poprawiaj?c rurk? drena?ow? biegn?c? od ?okcia Bruce'a, do niewielkiego woreczka zbieraj?cego odessany p?yn.
- Kto przyniós? te wszystkie rzeczy? - Wayne spyta? po chwili patrz?c na biurko.
- Kwiaty i wino zostawi?a tu jaka? kobieta, dwa dni temu. - odpowiedzia?a piel?gniarka z nutk? zazdro?ci w g?osie - Mia?a dziwny akcent. Przesiedzia?a u pana dwie godziny.
Bruce poczu? uk?ucie w piersi. Przygryz? warg?.
- Butelka z Jack'iem jest od pana Lucius'a Fox'a - kontynuowa?a podchodz?c wolnym krokiem do stolika.
- Mog?aby? przeczyta? mi te listy? - poprosi? Wayne krzywi?c si? z bólu. Próbowa? zmieni? pozycj? na ?ó?ku na bardziej wygodn?.
- Oczywi?cie - kobieta odgarn??a kosmyk blond w?osów znad ucha i unios?a do oczu pierwsz? karteczk? - to od zarz?du Wayne Enterprises. ?ycz? szybkiego powrotu do zdrowia.
- A inne?
- Burmistrz. - powiedzia?a piel?gniarka czytaj?c drugi list - równie? ?yczenia, ale takie jakie? formalne i nijakie.
- Ma teraz ca?e r?ce roboty, wi?c chyba mo?emy mu to wybaczy? - podsumowa? zniecierpliwiony Bruce. - a ostatni?
- Nie podpisany, ale koperta ?adnie pachnie - odpar?a kobieta przyk?adaj?c li?cik do nosa, mru??c z rozkoszy oczy. - damskie perfumy. Pewnie ta kobieta.
- Chc? sam przeczyta? - zdecydowa? Bruce wyci?gaj?c zdrow? d?o?. Gdy wyci?ga? list z koperty w nozdrza uderzy? go mi?kki zapach, który przyprawi? go o dreszcze.
Ze wszystkich zmys?ów cz?owieka, jeden w szczególno?ci przywo?uje wspomnienia.
Zapach.
Bruce przez chwil? nie móg? z?apa? oddechu. Przed oczami przewija?y mu si? wszystkie chwile sp?dzone z Madeleine. Kolacje, spacery. Obraz jej nagiego, spoconego cia?a, wyginaj?cego si? w ?wietle Ksi??yca wpadaj?cym przez przestronne okiennice jego sypialni.

Twoje demony w ko?cu wp?dz? Ci? do grobu, Bruce.
Nie daj im si? zabi?.
- M

Bruce patrzy? na kartk?, b??dz?c we wspomnieniach.
Zrani?em j? tak mocno, my?la?, a mimo to przysz?a mnie odwiedzi?.
Mo?e nie wszystko stracone? Mo?e powinien jej powiedzie??
Tylko nawet je?li jej powie, wróci do punktu wyj?cia. Co w?a?ciwie ma jej do zaoferowania?
Zw?aszcza teraz?
Teraz, gdy znalaz? si? na samym dnie. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. ?mier? bezbronnego ch?opca, za któr? si? obwinia? by?a jak ci??ka kula u nogi, ?ci?gaj?ca w dó?.
A Bruce czu?, ?e tonie.
?e brakuje mu powietrza.
Nie.
Nie ma prawa wci?ga? w to szale?stwo nikogo wi?cej.
- Najwi?cej czasu sp?dzi? tutaj pan Pennyworth - g?os piel?gniarki przywróci? Bruce'a do rzeczywisto?ci.
- Alfred. - mrukn?? Wayne bardziej do siebie, ni? do niej.
- Tak, zagl?da? do pana codziennie.
- Czy poinformowali?cie go, ?e odzyska?em przytomno??? - chcia? wiedzie? Bruce.
- Nie - odpar?a blondynka - ale mog?...
- Czy mog? skorzysta? z pani telefonu? - wci?? si? Wayne. - swój posia?em gdzie? w tym przekl?tym szybie.
- Oczywi?cie - odpar?a niemal automatycznie piel?gniarka. Wyci?gn??a z kieszonki komórk? i poda?a Bruce'owi. - nie musi si? pan ?pieszy?, zajrz? pó?niej.
- Dzi?kuj? ?licznie - miliarder odprowadzi? kobiet? wzrokiem.
Gdy by? ju? sam wykr?ci? numer do Alfreda.
- Alfred Pennyworth, s?ucham? - Bruce u?miechn?? si? s?ysz?c g?os wiernego lokaja.
- To ja. Obudzi?em si? godzin? temu.
- Wielkie nieba, co za ulga. - wykrztusi? Alfred - W?a?nie mia?em jecha? do szpitala, dos?ownie stoj? w progu. Jak si? panicz czuje?
- Jakbym robi? przez tydzie? za worek treningowy w Arkham. - odpar? Bruce czuj?c, ?e ?rodki bólowe ju? prawie ca?kiem odpu?ci?y. ?okie? rwa? t?pym bólem, bark sprawia? wra?enie, jakby by? w kawa?kach. Przy ka?dym oddechu nie do??, ?e bola?y go ?ebra, to jeszcze klatka piersiowa pali?a ogniem po wcze?niejszym urazie. Do tego czu? nieprzyjemny ucisk w kostce, która - jak przypuszcza?, bo nie widzia? przez gips - strasznie spuch?a.
- Szcz??cie, ?e panicz w ogóle rozmawia. W wiadomo?ciach najpierw w kó?ko powtarzali, ?e Batman nie ?yje, wy?wietlali te zdj?cie komisarza trzymaj?cego mask?, a dzie? pó?niej katowali nagranie, na którym wynosili panicza na noszach. Wygl?da?o to okropnie. - Bruce us?ysza? w g?osie lokaja wzruszenie. Dopiero teraz zaczyna? rozumie?, przez co Alfred musia? przej?? dowiaduj?c si? wszystkiego z serwisów informacyjnych. - Grunt, ?e dobrze si? sko?czy?o.
Dobrze si? sko?czy?o?, pomy?la? Bruce.
Dobrze dla kogo?
Z pewno?ci? nie dla Tom'a Dane'a, ani Gordon'a.
- Dobra, porozmawiamy jak przyjedziesz - uci?? rozmow? Bruce.
- Co za ironia - podsumowa? Alfred. - ?e le?y panicz w jednym szpitalu z cz?owiekiem, który dwa tygodnie temu tak panicza poturbowa?.
- S?ucham? - Bruce a? si? przekr?ci? bole?nie na ?ó?ku do pozycji siedz?cej.
- Gdy panicza odwiedza?em, za ka?dym razem widzia?em na tym samym pi?trze dwie pary policjantów. Jedn? pod pa?skim pokojem, drug? na ko?cu korytarza. Zaciekawiony spyta?em o to piel?gniark?. Wyja?ni?a, ?e cz?owiek ten trafi? do nich dwa tygodnie temu z p?kni?ciem czaszki, najprawdopodobniej po bójce z Batmanem. Podobno obudzi? si? wczoraj.
- Alfredzie, wyszed?e? ju? z domu? - spyta? szybko Bruce.
- Jeszcze nie, dlaczego?
- Chc?, ?eby? zszed? do jaskini i wzi?? ze sob? czarne pude?ko, które le?y na stole laboratoryjnym. Wyja?ni? ci wszystko, gdy tu b?dziesz - odpar? Wayne.
- Dobrze.
- Do us?yszenia - Bruce si? roz??czy?.
A wi?c fan Clapton'a le?y na tym samym pi?trze. Rzeczywi?cie, co za ironia.
Wayne zupe?nie o nim zapomnia?. Najemnik jest pierwszym punktem zaczepienia w tej ca?ej sprawie.
Spokojnie, pomy?la? Bruce, priorytety. Najpierw alibi.
Szybko wykr?ci? z pami?ci numer. Po trzech sygna?ach odezwa? si? zaspany, kobiecy g?os.
- S?ucham?
- Z tej strony Bruce Wayne. - miliarder przywita? si?, po czym zrobi? pauz?, czekaj?c na reakcj?.
- No prosz?, prosz? - ciep?y, seksowny ton g?osu sprawi?, ?e poczu? ciarki - z jakiego powodu spotka? mnie ten zaszczyt?
- Potrzebuj? alibi, panno Kyle. - wyja?ni? Bruce. - Jak pani zapewne wie z wiadomo?ci, wielu ludzi zastanawia si?, co robi?em w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. W szczególno?ci za?, zastanawia si? policja.
Nast?pi?a d?uga cisza w s?uchawce.
- Wci?? nie rozumiem - w ko?cu Selina odezwa?a si?. Jej g?os by? teraz zimny jak lód. - co to ma ze mn? wspólnego, panie Wayne.
- Oferuj? pi??dziesi?t tysi?cy dolarów za to, ?e potwierdzi pani, ?e by?a wtedy ze mn? w biurowcu. - powiedzia? Bruce prosto z mostu - ?e mamy romans od pó? roku. Spotkali?my si? o osiemnastej, weszli?my do ?roda i uprawiali?my seks...
- Za pi??dziesi?t tysi?cy - szczekn??a Selina - to sprzedam informacj?, ?e wielki Bruce Wayne desperacko szuka alibi, nie mog?c wyt?umaczy?, jakim cudem znalaz? si? w budynku, w którym zgin?? poszukiwany przez ca?e Gotham ma?y ch?opiec, a zaraz pó?niej Batman.
- Panno Kyle, prosz? pos?ucha?...
- Bez takich, Wayne. - przerwa?a mu Selina - Darujmy sobie konwenanse, dobrze? To ty pos?uchasz mnie. Uwa?nie. Dlatego, ?e bezpiecze?stwo twojego ty?ka zale?y od mojego kaprysu. A jak wiesz, kobiety bywaj? bardzo kapry?ne. Odpowiesz teraz na jedno, proste pytanie: sk?d masz ten numer?
- Od naszego wspólnego przyjaciela - odpar? Bruce - który zgin?? próbuj?c ocali? ch?opca.
- Dobrze. - odezwa?a si? po chwili d?ugiego milczenia Selina Kyle zamy?lonym g?osem.
- Co znaczy: dobrze? Zgadzasz si?? - Bruce równie? postanowi? darowa? sobie pozory.
- Trzysta tysi?cy dolarów w gotówce, w ci?gu trzech dni. Do tego wycieczka po Europie jednym z twoich prywatnych odrzutowców. Tak d?ugo, jak sobie tego za?ycz?. Wraz z op?atami za hotele, taksówki, zakupy i nocne ?ycie. Bo kobieta musi dobrze wygl?da? i równie dobrze si? bawi?. Jak ju? wspomnia?am, jestem kapry?na. B?d? chodzi? do najlepszych klubów i pi? alkohol tylko z górnej pó?ki. Rozumiemy si??
- Rozumiemy si?. - odpar? Bruce. Czy chcia? tego, czy nie, potrzebowa? Seliny i rzeczywi?cie by? zdany na jej ?ask? w tej kwestii. Trzysta tysi?cy to dla niego jak pstrykni?cie palcami, a alibi..
Có?. Alibi by?o bezcenne.
- Dobrze, Wayne. To teraz mów. Mów ze wszystkimi pikantnymi szczegó?ami. A ja notuj?, ?eby nauczy? si? ?adnie recytowa?, gdy do mnie zapukaj?. Uwielbiam recytowa?. Zw?aszcza spro?ne rzeczy - Selina wypowiada?a kolejne s?owa wolnym, rozmarzonym g?osem - Zw?aszcza za takie pieni?dze.
- ?wietnie. W takim razie..
Bruce odetchn?? z ulg? i zacz?? mówi?.
Ze wszystkimi pikantnymi szczegó?ami.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 16 sierpień 2012, 21:41:29
- A za deszczow? pogod? i zagro?on? wygini?ciem populacj? pand te? si? panicz obwinia? - ci?gn?? swój wywód Alfred. - nie b?d?my ?mieszni i nie popadajmy w skrajno?ci.
- To inna sprawa. - pokr?ci? g?ow? zniecierpliwiony Bruce. Siedzia? na wózku inwalidzkim tu? przy oknie w szpitalnym pokoju. Palcami rozchyli? ?aluzje i ogl?da? ?wiat?a odbijaj?ce si? jasnymi smugami w niespokojnych, bombardowanych g?stym deszczem ka?u?ach.
Alfred przysiad? na ?ó?ku. Ubrany by? jak zwykle elegancko. Doskonale dobrany, czarny garnitur dodawa? mu powagi. ?ywo gestykulowa? podkre?laj?c wag? swoich s?ów. Wygl?da?, jakby wyg?asza? wa?ne przemówienie.
- To nie jest inna sprawa. Dzieciak zgin??, bo zosta? porwany przez morderców. James Gordon straci? prac?, ale rozpoczynaj?c wspó?prac? z m?cicielem, który jest poza prawem wiedzia?, na co si? pisze. To s? konsekwencje.
- Dla ciebie to wszystko jest takie banalnie proste. - zirytowa? si? Bruce. Odjecha? wózkiem od okna i spojrza? lokajowi w oczy. - Wi?c powiedz mi, co twoim zdaniem powinienem teraz zrobi??
- Odpu?ci?. - odpar? Alfred zdecydowanym tonem.
- Odpu?ci?? - Bruce przychyli? g?ow?, unosz?c brwi ze zdumienia - Ma?y ch?opiec zgin??, bo kto? chcia? mnie dosta?. Ten kto? mia? dost?p do policyjnych akt dotycz?cych Pluszowego. To, ?e Gordon zosta? zawieszony by?o cz??ci? planu. Czy ty tego nie widzisz? Jak mog? odpu?ci?, skoro to dopiero pocz?tek?
Nast?pi?a martwa cisza. Bruce si?owa? si? na spojrzenia z Alfredem.
- Jak mog? odpu?ci? - kontynuowa? Wayne zaciskaj?c pi??ci - kiedy nadzieja, któr? da?em ch?opcu na ocalenie zosta?a zgaszona jednym pociskiem prosto w g?ow?? Obiecuj?, ?e dopadn? cz?owieka, który za tym wszystkim stoi. I nie zrobi? tego dla siebie, ani dla Gordona. Zrobi? to dla tego ma?ego ch?opca, którego nagrobek domaga si? sprawiedliwo?ci.
- Po pierwsze - wtr?ci? Alfred z rodzicielsk? trosk? - musi panicz zrobi? co? dla siebie. Znajduje si? panicz w op?akanym stanie. Potrzeba czasu na regeneracj?, je?li ta historia ma si? dla panicza sko?czy? w innym miejscu ni? na cmentarzu.
Lokaj spojrza? na czarne pude?ko spoczywaj?ce na kolanach Bruce'a.
- Gdybym wiedzia? do czego to s?u?y i co panicz chce z tym zrobi?, nie przyjecha?bym tu dzi?. Na lito?? bosk?, par? godzin temu jeszcze nie wiadomo by?o, czy si? panicz kiedykolwiek ocknie. Wró?my do domu, wynajmiemy prywatnych lekarzy, rehabilitantów. Za miesi?c, dwa..
- Nie, Alfredzie - odpar? stanowczo Bruce. Z jego g?osu bi?a jaka? niepowstrzymana si?a, mordercza determinacja - dzisiejszej nocy mam szans? uzyska? kilka wa?nych odpowiedzi. I skorzystam z tej szansy.
Alfred wzi?? g??boki oddech. Przybra? kwa?n? min?, podkre?laj?c? wszystkie zmarszczki na jego twarzy. Spojrza? na kwiaty stoj?ce na biurku. Wskaza? je palcem.
- Równowaga. Musi panicz pami?ta? o równowadze. Nie mo?na ograniczy? swego ?ycia wy??cznie do nocnych eskapad, poch?aniaj?cych zdrowie zarówno fizyczne, jak i psychiczne i nie popa?? w ob??d. Kontakty Bruce'a Wayne'a z innymi lud?mi s? czysto formalne, a gdy tylko pojawi si? na horyzoncie jaka? kobieta, zaraz ucieka. Ucieka przep?dzona przez Batmana. Ten potwór rz?dzi twoim ca?ym ?yciem, paniczu Bruce. Mia? by? tylko dodatkiem, nie fundamentem. I przez d?ugi czas tak by?o, ale ostatnio wszystko wymkn??o si? spod kontroli.
- Jutro - Wayne pu?ci? s?owa lokaja mimo uszu - przyjedziesz po mnie o ósmej rano i wypisz? si? ze szpitala na w?asne ??danie. Wtedy pojedziemy do domu. Dzi? jednak zostaj? tutaj.
- Dobrze wi?c. - Alfred wsta? i podszed? do drzwi, zdejmuj?c z wieszaka mokr? parasolk?. Odwróci? si? w progu i spojrza? na Bruce'a. - Pozostaje mi tylko mie? nadziej?, ?e panicz wie, co robi.
Wayne kiwn?? porozumiewawczo g?ow?. Lokaj zamkn?? za sob? drzwi.
Bruce przejecha? d?oni? po pude?eczku i otworzy? je. W ?rodku, w specjalnym wg??bieniu le?a?a strzykawka.
Te? mam tak? nadziej?, Alfredzie.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 19 sierpień 2012, 20:41:04
Jay Essen gwa?townie otworzy? oczy. Otacza? go lepki jak smo?a mrok. Jedynym ?ród?em ?wiat?a w pokoju by? blask jarzeniówki wype?zaj?cy spod drzwi.
Spróbowa? ruszy? d?oni?, by otrze? pot z czo?a. Na pró?no. Z przera?eniem zorientowa? si?, ?e jego prawa - do tej pory wolna r?ka - by?a czym? przywi?zana do szpitalnego ?ó?ka. Dla odmiany szarpn?? lew? d?oni?, bez skutku - wci?? by?a przykuta kajdankami do por?czy.
Oddycha? szybko.
Kropelka potu skapn??a z w?osów na rz?s?. Zamruga? i rozejrza? si? wokó?, staraj?c si? przenikn?? wzrokiem panuj?c? dooko?a ciemno??. S?ysza? tylko oszala?e bicie w?asnego serca.
Jay Essen by? przera?ony. Z ca?ych si? próbowa? sobie przypomnie?, co wybudzi?o go ze snu.
Odpowied? przysz?a nagle i niespodziewanie. Sprawi?a, ?e poczu? nieprzyjemne mrowienie wspinaj?ce si? po spoconych plecach, zapieraj?ce dech w piersiach, w?lizguj?ce si? wy?ej - na szyj? - oplataj?ce ciasno prze?yk, elektryzuj?ce w?oski na karku.
Czu? czyj?? obecno??. Kto? jeszcze by? w pokoju.
Ta sama osoba zwi?za?a praw? r?k? Jay'a.
Ta sama osoba kry?a si? gdzie?, wtapiaj?c si? w mrok.
- Spróbuj krzykn?? - chropowaty, niski g?os odezwa? si? tu? przy uchu m??czyzny. Jay poczu?, jak co? zaciska si? na jego szyi - a reszt? ?ycia sp?dzisz pod??czony pod respirator. Rozumiesz?
Essen zamar?. Obliza? wyschni?te wargi.
- Rozumiem - wyszepta?. - czego chcesz?
- Chc? wiedzie? - odpar? cierpki g?os - jakie to uczucie. Gdy ?ycie dyma ci? nagle i bez zapowiedzi.
- Batman? - wyst?ka? z niedowierzaniem Jay. - Przecie? ty..
- Nie ?yj?? - doko?czy? Mroczny Rycerz. Ka?de kolejne s?owo cedzi? dok?adnie, wolno i wyra?nie. Ka?de s?owo mia?d?y?o swoim ci??arem najemnika - Gdy ostatnio si? widzieli?my, powiedzia?e? mi, ?e ludzie s? zarozumiali. My?l?, ?e s? nie?miertelni. Zdradz? ci co?. Batman jest nie?miertelny. B?dzie zawsze trwa?. Tego samego nie mog? powiedzie? o szumowinach twego pokroju.
Jay poczu?, jak p?tla na szyi z wolna si? zaciska.
- Szumowiny twego pokroju wytropi? nawet na ko?cu ?wiata. Wyrw? z korzeniami jak chwasty. To zabawne, jak los potrafi si? odwróci?, prawda?
- Prosz?.. - Essen zaczyna? panikowa?. Pami?ta?, ?e Batman nie zabija. W g?osie, który wwierca? si? w czaszk? Jay'a s?ycha? jednak by?o nienawi??. Tak g??bok?, ?e Essen zacz?? si? przekonywa?, ?e tym razem Batman b?dzie w stanie zrobi? wyj?tek.
- Milcz.
Najemnik poczu? dotyk w zgi?ciu lewej r?ki.
- Podpi??em si? pod twój wenflon. To, co ci wstrzykn? to tylko podk?ad. - wyja?ni? Mrok. Po?yskuj?cy w ciemno?ci p?yn skurczy? si? i znikn??.
- Co.. co to by?o. Jaki podk?ad. Co ty mi do cholery robisz? - spanikowa? Jay podnosz?c g?os. P?tla na szyi zacisn??a si? brutalnie, sprawiaj?c, ?e nie móg? oddycha?. Zaciekle szarpa? si? na ?ó?ku, bezskutecznie walcz?c z wi?zami.
- Powiedzia?em: milcz. - mrukn??a ciemno??. Ucisk ust?pi? i Essen móg? zaczerpn?? powietrza. - B?dziesz mówi? tylko wtedy, gdy ci na to pozwol?. Za ka?dym razem, gdy b?dzie inaczej b?d? ci? dusi?. Silniej i d?u?ej. Ostrzegam ci? skurwysynu, cierpliwo?? nigdy nie by?a moj? mocn? stron?, a w tej chwili jest na wyczerpaniu. Je?li rozumiesz, kiwnij g?ow?.
Jay kiwn??, wci?? si? krztusz?c. By? bezradny. Zdany na ?ask? nieobliczalnego szale?ca.
- Dobrze. Wracaj?c do zabawy. Mam w d?oni jeszcze dwie fiolki. Wszystkie trzy podawane oddzielnie s? dla organizmu zupe?nie oboj?tne. Gdy je jednak zmieszamy powstaj? ciekawe efekty. Dla przyk?adu, gdy wstrzykn? kolejn?... - Jay znów poczu?, ?e wenflon si? rusza. W ciemno?ci b?ysn??a strzykawka. - ... b?dziesz mia? do ko?ca ?ycia uszkodzon? w?trob? i nerki. Wyobra? sobie reszt? n?dznych dni jako seri? dializ, zastrzyków i leków.
Essen chcia? krzykn??, ale w por? si? opanowa?. Pot sp?ywa? po jego ciele ciurkiem, serce dudni?o jak oszala?e.
- Moje pytanie brzmi: kto ci? wynaj??.
- Jak powiem b?d? trupem - Jay obawia? si? tego pytania. To pytanie oznacza?o egzekucj?.
- Jak nie powiesz b?dziesz warzywem. - zimne jak lód s?owa kr??y?y w g?owie Essena - Szczerze mówi?c, to masz tylko jedno wyj?cie z tej sytuacji. Podasz mi nazwisko, a ja ci? uwolni?..
- On mnie znajdzie - sykn?? rozdygotany m??czyzna - i obedrze ze skóry.
- ..uwolni? ci? i spróbujesz swoich szans. Mo?e uda ci si? uciec z miasta, mo?e nie. Tu masz pole do popisu.
P?tla na szyi zacisn??a si?, d?o? z?apa?a strzykawk? wbit? w wenflon.
- Tutaj nie masz.
Co za chora sytuacja, gor?czkowa? si? w my?lach Jay.
- Quawi Shade. - wyst?ka? po chwili. Wiedzia?, ?e innego wyj?cia nie by?o. To koniec.
- Je?li zmy?lasz... - sykn?? g?os.
- Przysi?gam. Przylecia? z Dubaju dwa miesi?ce temu. Razem ze swoimi lud?mi.
- Czego chce?
Wpatrzony w mrok Essen przywo?a? ze wspomnie? twarz.
Twarz, której nigdy nie zapomni.
- Thane chce wszystkiego - wyduka? prawie p?acz?c najemnik. - nic wi?cej ci nie powiem. B?agam, nie zmuszaj mnie bym mówi? wi?cej.
- Gdzie go znajd??
- Nie wiem. G?ównie kontaktowali?my si? przez telefon. Przysi?gam, nie wiem.
P?tla na szyi znów si? zacisn??a.
- P..przy..przysi?gam.. - wymamrota? Jay.
- Obudzisz si? za kilka minut. Policjant pilnuj?cy twojej sali b?dzie nieprzytomny do rana.
Jay poczu? uk?ucie w szyj?.
Po kilku sekundach wzrok mu si? rozmaza? i straci? przytomno??.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 22 sierpień 2012, 01:46:14
Jadę do Bułgarii, wracam 2 września, więc koło 4rtego można się spodziewać kolejnego kawałka.
Kto nie czytał niech nadrobi, kto czyta niech czeka ;)

Pozdro!
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: blueflower w 24 sierpień 2012, 23:21:02
brawo,swietne. kilka rzeczy mi nie pasuje, jest tez spora dysproporcja miedzy opisami a dialogami-ale czyta sie bardzo dobrze. zdecydowanie powinienes to wydac w formie ebooka,do tego dorzucic moze jakies ilustracje wedle twojego uznania.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: Johnny Napalm w 30 sierpień 2012, 10:22:45
Cytat: blueflower w 24 sierpień  2012, 23:21:02
brawo,swietne. kilka rzeczy mi nie pasuje, jest tez spora dysproporcja miedzy opisami a dialogami-ale czyta sie bardzo dobrze.
Mam to samo ale co blueflower. Ogólnie jest świetnie, miło się to czyta, historia wciaga bez reszty, tylko przebicie się czasem przez niektóre opisy wymaga dużego samozaparcia. Nie jest tak zawsze, bo przeważnie opisy mają sens i są niezbędne, w dodatku okraszone bogatym słownictwem, jednak nieraz odbieram je jako przerost formy nad treścią. Trochę jest to popiserskie, a wiemy już, że potrafisz bardzo dobrze pisać.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 04 wrzesień 2012, 14:23:02
Dzi?kuj? za s?owa krytyki. Interesuje mnie ta dysproporcja, o której piszecie. Je?li to nie problem, prosi?bym o dok?adniejszy feedback na PW, z zaznaczeniem fragmentów, które Was nudzi?y/si? Wam nie podoba?y. W ko?cu pisz? t? histori? z dedykacj? dla fanów Gacka z Batcave, chc? tekst upi?kszy? i uczyni? jak najprzyjemniejszym w odbiorze ;)

*

Alex Randall zbli?y? si? spokojnym krokiem do mównicy naje?onej mikrofonami.
- Witam bardzo serdecznie. - zacz??. Morze dziennikarzy zaatakowa?o b?yskami fleszy. - Zanim wyg?osz? oficjalne o?wiadczenie, pragn? przeprosi? za wszelkie niedogodno?ci zwi?zane z udost?pnianiem informacji dotycz?cych zdarze? ostatnich kilku dni. Sprawa jest powa?na i policja Gotham robi wszystko, by ludzie odpowiedzialni za masakr? w biurowcu trafili do wi?zienia. Informacje na temat sprawy trzymane by?y - i w wi?kszo?ci nadal b?d? - w tajemnicy. Dlatego po przeczytaniu przeze mnie o?wiadczenia prosz? nie zadawa? pyta? i nie dr??y? tematu.
Wiceszef Wydzia?u Wewn?trznego nie spiesz?c si? wyj?? z czarnej marynarki okulary i wsun?? je na nos. Otworzy? teczk? i zacz?? czyta?:
- Masakra w biurowcu jest spraw? bez precedensu. Dlatego te? prowadzone jest zakrojone na szerok? skal? post?powanie maj?ce na celu nie tylko uj?cie przest?pców za ni? odpowiedzialnych, ale tak?e zidentyfikowanie osób w strukturach policyjnych, które dopu?ci?y si? znacz?cych oraz niewybaczalnych zaniedba? prowadz?cych bezpo?rednio do wydarze? sprzed kilku dni. Jedn? z takich osób jest by?y komisarz policji, James Gordon, który zosta? zawieszony w obowi?zkach do czasu rozpocz?cia procesu s?dowego. Wy?ej wymienionego oskar?a si? o udost?pnianie poufnych szczegó?ów ?ledztwa Batmanowi oraz przedk?adanie wspó?pracy z m?cicielem nad wiar? w oficjalne organy ?cigania. Te zaniedbania doprowadzi?y do tego, ?e Batman jako pierwszy wszed? do budynku, w którym przetrzymywany by? Tom Dane. W tym czasie by?y komisarz zatai? znacz?ce dla sprawy szczegó?y i trzyma? w pogotowiu odwody funkcjonariuszy oraz trzy jednostki taktyczne, które mog?y w tym czasie podj?? akcj? maj?c? na celu uratowanie ?ycia ch?opcu.
Nikt z dziennikarzy si? nie odezwa?. Dooko?a rozchodzi?o si? tylko klikanie aparatów fotograficznych.
- Do czasu wybrania nowego komisarza, wszystkie funkcje wi???ce si? z tym stanowiskiem przejmuje wiceszef Wydzia?u Wewn?trznego, Alex Randall. – m??czyzna zrobi? pauz? i wskaza? na siebie kciukiem. - Policja nie potwierdza informacji, jakoby grupie przewodniczy? Pluszowy Morderca. Na koniec nale?y wspomnie?, ?e spekulacje, jakoby Bruce Wayne by? powi?zany ze spraw? okaza?y si? nieprawdziwe. Policja ustali?a, ?e pan Wayne znalaz? si? w biurowcu zupe?nie przypadkiem i nie zostan? mu przedstawione ?adne zarzuty. To wszystko.
Alex Randall okr?ci? si? na pi?cie i odszed?, niewra?liwy na huragan krzyków i pyta? ze strony reporterów.

*

Dwóch piel?gniarzy pomog?o Bruce'owi usadowi? si? na tylnym siedzeniu srebrnego Bentley'a Mulsanne. Drzwi si? zamkn??y, Alfred obszed? dooko?a auto i usiad? w fotelu kierowcy. Silnik zamrucza? i szpital zosta? w tyle.
- Wzi??e? odbiornik? - spyta? Bruce rozmasowuj?c obola?e rami?.
- S?dz?c po pytaniu - lokaj si?gn?? do schowka i poda? do ty?u niewielkie urz?dzenie - noc by?a udana?
- Mo?na tak powiedzie? - Wayne rzuci? okiem na wy?wietlacz i zdoby? si? na cie? u?miechu - Jay Essen jest poza murami szpitala i zmierza w stron? bulwaru Grey Horn. S?dz?c po pr?dko?ci przemieszcza si? na piechot?.
- Doprawdy, chyba si? panicz starzeje.
- S?ucham? - zbity z tropu Bruce podniós? wzrok znad urz?dzenia i spojrza? w lusterko odbijaj?ce oczy Alfreda.
- Ten numer jest stary jak ?wiat. Nasz najemnik z pewno?ci? nie doprowadzi nas teraz do swojego szefa.
- I wcale na to nie licz?. - Wayne schowa? urz?dzenie w kiesze? szlafroka i opar? zdrow? r?k? o siedzenie przed nim.
- Sir? - oczy kamerdynera zastyg?y w oczekiwaniu.
- Essen b?dzie chcia? opu?ci? Gotham. Mam nadziej?, ?e mu si? nie uda. ?e jego szef go dopadnie i we?mie do swego gniazdka na przes?uchanie.
- Rozumiem. - odpar? Alfred. - Rozumiem te?, ?e gdy tylko b?dzie panicz wiedzia?, gdzie jest to miejsce, zaraz si? tam uda w pe?nym rynsztunku i na wózku inwalidzkim?
- My?la?em - Bruce mimowolnie zachichota? - nad tym, co mi wczoraj powiedzia?e?. Najpierw musz? si? wyleczy?. Zanim nie b?d? gotowy b?dziemy obserwowa?, uczy? si? i zbiera? informacje.
Alfred uniós? brew ze zdziwienia.
- Czy to..
- Kompromis. Sprawy nie odpuszcz?, ale zajm? si? ni? z innej strony. Znajd? czas, by zadba? o swoje zdrowie.
- Zaprawd? - kamerdyner pozwoli? sobie na ciep?y u?miech - wystarczy? jeden, porz?dny ?omot by panicz zacz?? wreszcie gada? do rzeczy.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 06 wrzesień 2012, 17:05:42
*

Gdy nieoczekiwanie z łowcy zamieniasz się w zwierzynę, musisz pamiętać o pięciu zasadach.
Po pierwsze: przebierz się. Zmień ciuchy, włosy. Jeśli posiadasz wystarczające środki i przede wszystkim czas, zadbaj o makijaż, większy nos. Dodaj sobie zmarszczki. Może wąsy. Daj się ponieść fantazji.
Po drugie: nigdy, przenigdy nie korzystaj z taksówek. Możesz podjechać komunikacją miejską, pod warunkiem że jest godzina szczytu i cała masa ludzi. Nie wsiadaj do opustoszałych autobusów, unikaj niezatłoczonych linii metra.
Po trzecie: jeśli posiadasz telefon komórkowy, natychmiast wyjmij z niego baterię. Zwykłe wyłączenie nic nie da. Nawet wyłączony telefon można namierzyć, a nawet wykorzystać jako podsłuch tak długo, jak długo w urządzeniu znajduje się bateria.
Po czwarte: pod żadnym pozorem nie korzystaj z kart płatniczych. Masz wystarczająco problemów na głowie, nie chcesz żeby zaczęła cię szukać policja. Jeśli potrzebujesz gotówki i jesteś zdesperowany paradoksalnie rozsądniejszym rozwiązaniem jest napaść kogoś w pustej alejce. Jeśli masz nóż na gardle i wiesz, że pogoń jest blisko zabij swoją ofiarę i ukryj ciało w śmietniku.
Po piąte i najważniejsze: ucieknij z miasta. Jeśli ściga cię policja zrób to w maksymalnie cztery godziny. Jeśli poluje na ciebie lokalna mafia, postaraj się zmniejszyć czas do dwóch i pół.
Jeśli zaś ściga cię Quawi Shade.. cóż to inna sprawa.
Wydostań się jak możesz najszybciej, bez chwili zwłoki.
Jeśli w coś wierzysz, teraz nadszedł czas, by się pomodlić.

Jay Essen znał te zasady na pamięć. Sam je wymyślił.
Zaczynało się rozjaśniać. Promienie słoneczne z wolna rozdzierały nocne, burzowe chmury zalewając mokry asfalt złotem. Jay kuśtykał wzdłuż krawężnika nerwowo spoglądając na mijanych ludzi. Ich obojętny wzrok szybko ześlizgiwał się z najemnika, co utwierdzało go w przekonaniu, że parę minut temu, w alejce dokonał właściwego wyboru.
Musiał jak najszybciej pozbyć się szpitalnych ciuchów. Jego ofiarą padł chłopak wracający do domu z mocno zakrapianej imprezy. Po drodze poczuł ciśnienie na pęcherzu i nieświadomie wykonał ostatni błąd w swoim życiu, skręcając między budynki, gdzie za zakrętem, przyklejony do mokrej ściany czekał Essen. Chłopak miał na sobie dobre ciuchy i bluzę z kapturem, które po chwili Jay miał na sobie. W portfelu znalazł 75 $. Wystarczająco, by zwiać z miasta. Mimo uciekającego czasu, najemnik zadał sobie wiele trudu, by dokładnie ukryć ciało pod czarnymi workami na śmieci.
Szedł teraz, kierując się w stronę bulwaru. Za moment miała wybić 7:00, co oznaczało całą masę ludzi udających się do pracy. Metro będzie jednym, wielkim mrowiskiem, w które Jay miał nadzieję się wtopić. Mógł podjechać do stacji autobusem, ale wolał nie ryzykować. Piętnaście minut marszu dobrze mu zrobi. Będąc w ruchu na własnych nogach Essen czuł się pewniej. O wiele pewniej niż w zamkniętym pojeździe lub co gorsza w metrze pod ziemią. Według nerwowych obliczeń, tłukących się po czaszce, Jay przewidział, że za maksymalnie godzinę powinien być już dwa kilometry za Gotham. Musiał przejechać metrem dwanaście stacji i wysiąść w pobliżu Ogrodów Dumasa. Nieopodal stały garaże. Jeden z nich Jay wynajmował od pięciu lat. Była to deska ratunku na czarną godzinę. Ani razu nie musiał z niej korzystać.
Aż do teraz.
W garażu czekał nowy, wymuskany i podrasowany czarny Ford Mustang z pełnym bakiem. W bagażniku miał kilka sztuk broni, amunicję, 20 000 dolarów, podrabiane ID oraz zestaw do zmieniania twarzy prosto z pewnego studia w Hollywood.
Jay nie mógł się doczekać, aż znajdzie się w bezpiecznym schronieniu, ale starał się nie błądzić myślami i nie wybiegać za bardzo w przyszłość. Wiedział, że musi się skupić na tym, co jest tu i teraz, bo inaczej nie dotrze do celu. W tym momencie nie mógł sobie pozwolić na żadną pomyłkę. Przez myśl mu przeszło, że dobrze zrobił, nie ulegając pokusie przebrania się w ciuchy nieprzytomnego policjanta, którego w prezencie zostawił mu w szpitalu Batman.
Byłby jak na strzelnicy. Za duże ryzyko. Jay pozwolił sobie jedynie zabrać pistolet, który ściskał teraz kurczowo w kieszeni bluzy.
Najemnik obejrzał się za siebie. Od paru przecznic szedł za nim człowiek w płaszczu i kapeluszu. Mężczyzna miał pochyloną głowę i Jay nie widział jego twarzy.
W innej sytuacji Essen uznałby to za zbieg okoliczności i przewrażliwienie, ale w tej chwili był gotów w każdej chwili odstrzelić facetowi łeb. Oglądając się przez ramię, Jay nie zauważył czarnoskórego mężczyzny przed sobą. Zderzenie totalnie zaskoczyło najemnika.
- Hej, człowieku! – krzyknął zdenerwowany Afroamerykanin poprawiając czapkę z daszkiem. – musisz uważać jak chodzisz!
- Tak, ja.. – wymruczał Jay i zamarł czując, jak lufa pistoletu wżyna się w jego plecy.
- Bez żadnych sztuczek, Essen. – powiedział spokojnym głosem mężczyzna w kapeluszu.
Czarnoskóry, przed sekundą zdenerwowany, teraz uśmiechał się od ucha do ucha prezentując garnitur bielutkich zębów.
- Nic się nie stało, wcale się nie gniewam. Co więcej, chętnie dam ci lekcję prawidłowego poruszania się po mieście. Skręcamy w tę alejkę.
Jay nie miał wyboru. Facet w kapeluszu dźgnął go lufą i zmusił, by wszedł za czarnoskórym między budynki. Maszerowali w milczeniu. Alejka była szeroka, ale mało uczęszczana. Po obu stronach stały kosze na śmieci, z przodu Essen dojrzał zaparkowaną czarną furgonetkę.
I tak i tak jestem trupem, pomyślał Jay. Pieprzyć to.
Najemnik skręcił tułów, odpychając łokciem lewej ręki dłoń z bronią. Jednocześnie pociągnął za spust. Pocisk rozerwał przód jego bluzy i z pleców murzyna buchnęła chmura krwi. Jay dokończył obrót, jednocześnie blokując swoją nogę między nogami drugiego napastnika. Wolną dłonią złapał go za nadgarstek z pistoletem, który huknął kilka razy na ślepo. Essen okręcił się i znalazł za jego plecami. Błyskawicznym ruchem wbił lufę pistoletu pod brodę mężczyzny i pociągnął za spust. Krew buchnęła z postrzępionej dziury w kapeluszu.
Facet upadł na kolana, po czym wyrżnął twarzą w kałużę rozpryskując dookoła wodę zmieszaną z krwią.
Drzwi furgonetki otworzyły się. W środku siedziało czterech, ubranych na czarno ludzi. Jay zobaczył na swojej klatce piersiowej cztery czerwone kropki drgające prawie niezauważalnie. Rzucił broń. Z ciemności furgonetki wygramolił się mężczyzna. Zeskoczył na ziemię i poprawił swój długi, elegancki płaszcz. Dystyngowanym ruchem zacieśnił krawat i przeczesał nienagannie ułożone, czarne włosy, w które wkradło się kilka pasemek siwizny. Mężczyzna uniósł delikatnie podbródek i uśmiechnął się przyjacielsko.
- Pan Essen! – krzyknął rozkładając ręce w powitalnym geście – dawno się nie widzieliśmy!
- Shade. – zdołał wydusić z siebie Jay. Z przerażenia wstrzymał oddech, gdy Quawi podchodził wolnym, spokojnym krokiem. Stanął przed najemnikiem i zmroził go swym spojrzeniem. Jego szare, wyprane z kolorów oczy hipnotyzowały i sprawiały, że Essen zaczynał dygotać na całym ciele. Jego nogi wydawały się być nic nie wartą, trzęsącą się galaretą.
- Tęskniłem za zajmującymi dyskusjami z panem. – Shade ściągnął usta w wąską kreskę. Brwi uniosły się wysoko w oczekiwaniu. Jay znał ten wyraz twarzy aż za dobrze. Zawsze przyprawiał go o nadmierne pocenie się.
- Mmm... - Jay spróbował się odezwać, gdy zorientował się, że z całej siły zacisnął zęby.
- Proszę się nie przejmować tym ścierwem – Shade rzucił okiem na dwa trupy taplające się w kałuży krwi. Jego twarz wyrażała obrzydzenie. Gdy znów spojrzał na Jay'a uśmiechał się ciepło, jak dobry wujek uśmiecha się na widok ulubionego siostrzeńca. – powinienem częściej nasyłać na pana moich ludzi. Jest to najlepszy miernik ich przydatności. Ci dwaj, jak się okazało zostali włączeni do ekipy na wyrost. I chwała panu za to, panie Essen. Zaoszczędził mi pan czasu i brudnej roboty.
Quawi zbliżył swoją twarz do twarzy Jay'a. Żyłka na jego skroni wydęła się pod skórą. Ściągnął brwi i rozciągnął usta w krwiożerczy, nie mający nic wspólnego z wujowską miłością uśmiech.
- Pan wie, jak dużo czasu zjada mi brudna robota.
Shade machnął ręką i jeden ze sługusów wykręcił Jay'owi rękę, popychając go w stronę auta.
Essen szedł posłusznie, pozwalając sobie na chwilę odpłynąć myślami.
Wyobrażał sobie idealną krzywiznę karoserii Mustanga czekającego na niego w garażu.
Mustanga, którego już nigdy więcej nie zobaczy.

*

Alfred skrzyżował ręce na piersi. Stał ze skwaszoną miną obserwując snop iskier rozświetlający zejście do jaskini.
- Nieostrożne. Pochopne. Głupie. – wyliczył oburzonym głosem.
- Nie wiem, czy pamiętasz – odparł Bruce siedzący obok na wózku inwalidzkim – ale ta kapsuła to był twój pomysł. Schody do jaskini są strome i niebezpieczne. W dodatku, w moim obecnym stanie zejście na dół jest niewykonalne. Maszyna kurzyła się w kącie już od dwóch miesięcy. Najwyższy czas ją zamontować.
- Tak – zgodził się Alfred spoglądając na Bruce'a – ale mieliśmy to zrobić sami. Dopuszczenie do projektu osób z zewnątrz uważam za lekkomyślność.
- Za bardzo się martwisz – podsumował Bruce wbijając zęby w soczyste jabłko – Fyiungi Corp robi dla nas zlecenia od samego początku. Jest to firma z wieloletnią tradycją, stawiająca przede wszystkim na anonimowość swoich kontrahentów. W USA mógłby to być tylko zwykły slogan, ale japońskie firmy podchodzą do tego typu zobowiązań z niespotykanym nigdzie indziej oddaniem.
- A co jeśli tych dwóch techników – Alfred wskazał palcem przesunięty zegar i dziurę w ścianie, z której rozchodziły się skrzypiące odgłosy wiertarki – nie jest tak oddanych sprawie, jak duch korporacji? Co jeśli zechcą sprzedać komuś informację, co dokładnie Bruce Wayne posiada pod swoją rezydencją?
- O to się nie martwię – Bruce uśmiechnął się unosząc lewą brew – poprosiłem Fyiungi, by przysłali mi ludzi z niższych warstw społecznych, nie znających się na polityce, nie interesujących się tym, co się dzieje poza granicami Japonii. Nawet firma nie zna mojego prawdziwego nazwiska. Zresztą, sam wspomniałeś, że gdy odbierałeś ich z lotniska założyli sobie na oczy opaski. Nie musiałeś ich o to prosić. Jesteśmy bezpieczni. Nawet, gdyby chcieli komuś o tym opowiedzieć, to co oni tak naprawdę wiedzą? Nie znają adresu, nie mają pojęcia jak się nazywamy. Są w Gotham pierwszy i ostatni raz w życiu. Zrobią robotę i pojadą.
- Panicz wysuwa bardzo mocne argumenty – zauważył Alfred, łagodząc nieco swą mowę ciała i ton głosu – jednak instynkt nakazuje zachować ostrożność i martwić się na zapas.
- Nigdy nie martwię się na zapas – odparł Bruce rozglądając się z ogryzkiem po jabłku w dłoni – to niszczy zdrowie. Nie zwykłem martwić się niczym, co się nie wydarzyło. To nie ma najmniejszego sensu.
- I dlatego, że jest panicz takim lekkoduchem – mruknął Alfred odbierając z dłoni Wayne'a ogryzek – to na mnie wypadło martwienie się za nas obu.
Lokaj oddalił się w stronę kuchni. Bruce poprawił się na wózku. Nagle z otworu w ścianie wyłonił się niski, skośnooki technik ubrany w kremowy uniform. Spojrzał na Bruce'a i skinął na niego dłonią.
- Już gotowe – szczeknął po japońsku – zechce pan sprawdzić?
- Oczywiście – odparł Bruce w tym samym języku spoglądając w stronę kuchni – ale musicie mi pomóc, mój lokaj gdzieś przepadł.
Technik krzyknął w stronę dziury i po chwili wyłonił się drugi mężczyzna, niemal identyczny. Zbliżył się do Wayne'a i popchnął jego wózek do otworu, z którego bił przyjemny chłód jaskini. Bruce zauważył, że wzdłuż stromych, niknących w ciemności rozświetlanej przez prowizoryczne lampiony schodów, po obu stronach postrzępionych ścian groty biegną wwiercone, metalowe szyny.
- Wciska się tutaj – wyjaśnił Japończyk wskazując przycisk na ścianie. Uruchomił go i w tej samej chwili rozległ się miękki, metaliczny dźwięk. Zza ciemnego zakrętu wyłoniła się nagle obła kapsuła o średnicy dwóch i pół metra. Tuż przed progiem zaczęła stopniowo zwalniać, aż w końcu znieruchomiała przed wózkiem Bruce'a. Drzwi odskoczyły ukazując wygodne, skórzane fotele w środku. Druga ścianka również miała drzwi, które służyły do wychodzenia tam na dole.
- Idealnie. – Bruce pokiwał z zadowoleniem głową.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 10 wrzesień 2012, 17:12:24
*

Strużka potu spłynęła z czoła dyrektora banku Aurora. Gwałtownie przełknął ślinę, dławiąc się lufą pistoletu, która raniła jego podniebienie.
- Spokojnie, jeszcze tylko chwila – powiedział wysoki mężczyzna w czarnej kominiarce – jeśli podałeś nam odpowiedni kod, wrócisz do domu i ze szczęścia całą noc będziesz pieprzył swoją żonę.
Dyrektor Steve Watt spojrzał w lewo, gdzie leżał ochroniarz. Jego głowa przypominała obraną skórkę od banana. Wokół rozrastała się gęstniejąca kałuża karmazynowej krwi, z której sterczały resztki mózgu. Nad jego ciałem stał drugi bandyta, trzymający w dłoniach połyskującego shotguna, którego wymierzył w jednego z zakładników.
- Dwadzieścia – syknął z trudem trzeci, który wyłonił się z korytarza prowadzącego do skarbca, ciągnąc za sobą cztery napęczniałe torby.
- Doskonale – uśmiechnął się ten, który trzymał lufę pistoletu w ustach dyrektora. Spojrzał na Steve'a – masz dać czadu jak w noc poślubną. Zgoda?

*

Zielone wzgórze naznaczone było wyrastającymi dookoła białymi nagrobkami.
Kapłan odmawiał modlitwę, która potęgowała gęstniejące w powietrzu poczucie straty.
Wszyscy mężczyźni ubrani byli w eleganckie, czarne garnitury. Kobiety również przywdziały czerń. Członkowie rodziny Impostato zgromadzili się w tym miejscu, by oddać ostatni hołd donowi Lulgencio, który odszedł niespodziewanie. Zgromadzeni wokół pięknej, wypolerowanej trumny (o ile jakąkolwiek trumnę można nazwać piękną) nie kryli swych uczuć. Kobiety zanosiły się płaczem. Nawet najtwardsi mężczyźni w rodzinie nie maskowali piekących jak sól kropel łez, wyślizgujących się spod powiek.
Żałobnicy byli zbyt zaaferowani, by zwrócić uwagę na kilka białych furgonetek z logiem ekipy sprzątającej, rozsianych w niedalekiej odległości.
Niczyjej uwagi nie zwrócił także fakt, iż ciężarówki te tworzyły nieregularny kordon wokół żałobników.
O tym, że coś jest nie tak zgromadzeni dowiedzieli się, gdy było już za późno.
Z kilku furgonetek pofrunęły łukową linią granaty odłamkowe, które spadły prosto w tłum.
Potężny huk i nieludzki wrzask rozdarły zasłonę ciszy i powagi panującej na cmentarzu. W górę trysnęły krew i wnętrzności. Nad nagrobkami przeleciały poszarpane kończyny. Przez chwilę z nieba padał krwawy deszcz.
Dzieła zniszczenia dopełniły cztery pociski RPG, ciągnące za sobą szare warkocze dymu. Potężne eksplozje poderwały w powietrze strzępy ziemi, chmurę krwi, odłamki nagrobków, drzazgi trumny oraz kilka bezwładnych, karykaturalnie i potępieńczo poskręcanych ciał.
- Piękny pogrzeb – mruknął kierowca jednej z furgonetek odpalając silnik.
- Malowniczy wręcz. – podsumował z ironicznym uśmiechem pasażer, owijając rozgrzaną wyrzutnię rakiet w gruby koc.


*

Walt Richards miał wieczór kawalerski.
Wraz ze swymi trzema braćmi szedł długim, zatopionym w klimatycznym, karmazynowym świetle korytarzem. Sączył piąte piwo z rzędu, wcześniej wypił dużo wódki. Nie czuł alkoholu wcale. Godzinę temu wciągnął dwie śnieżnobiałe kreski amfetaminy. Był nakręcony jak turbina. Wlewając w siebie łyk za łykiem nasycał się błogością i energetyzującym uczuciem, że może przenosić góry. Jestem bogiem, myślał.
- Jestem bogiem – powtórzył na głos.
- Jesteś szczęśliwym skurwysynem! – wykrzyknął mu w ucho najmłodszy brat, Greg, jednocześnie go obejmując. – Zapamiętasz tę noc na całe lata, stary.
- Jak zobaczysz tę panienkę, będziesz żałował, że się naspidowałeś – zawtórował James, najstarszy z trzech, trzymający oburącz potężny kufel napełniony błękitnym drinkiem.
- Dupa tam – oznajmił Walt podskakując do góry i rozbijając pod nogami butelkę. Odwrócił się przodem do braci i tanecznym krokiem szedł do tyłu – jestem bogiem, mogę co chcę. Mam w domu zajebistą dupcię, więc nie muszę dziobać byle szmaty z klubu. A jak mi się spodoba i mi się zachce to nie widzę żadnych przeciwwskazań. Jestem bogiem. Bogowi nikt nie odmówi bzykania.
- Za wyjątkiem jego małego po spidzie – powiedział Greg.
- Ej, znacie to? – wciął mu się w słowo Walt – Jaki jest najszybszy ssak?
- Ee.. gepard? – zamyślił się James biorąc potężny łyk z kufla.
- Dobrze! A jaki jest najszybszy ptak?
- Ni chuj nie wiem – przyznał się Greg.
- Ptak geparda – odparł Walt i wszyscy trzej zanieśli się opętańczym śmiechem. W końcu pchnęli drzwi sali.
Pokój był przestronny, zatopiony w mroku. Jego centralną część stanowił szklany, podświetlony na niebiesko stół. Wokół czekały cztery skórzane fotele. W powietrzu unosił się niesamowicie odurzający zapach kobiecych perfum.
- Sadzaj dupsko i podziwiaj! – krzyknął James, brutalnie sadzając brata. Gdy wszyscy zajęli miejsca, z ukrytych głośników uderzyła piosenka Nero – Guilt.
Z ciemności wyłoniła się kobieta.
Walt obserwował jej idealne, naprężone łydki, wydłużone piętnastocentymetrowym, szklanym obcasem.
Zamrugał ze zdumienia, gdy wskoczyła na stół, prezentując w całej okazałości idealne, niesamowicie długie nogi, płynnie przechodzące w jędrny, osłonięty jedynie czerwonymi stringami tyłek. Jego wzrok wspiął się wyżej, by podziwiać wyćwiczony, wyrzeźbiony brzuch, a następnie obfity biust. Jej piersi podskakiwały seksownie przy każdym kroku jak dwie żelowe piłeczki, wywołując mrowienie w dole brzucha.
Gdy potężna linia basu wprawiła powietrze w drżenie, kobieta zarzuciła głową w tył, wprawiając w ruch kruczoczarną burzę włosów. Dziewczyna przemieszczała się po stole, kołysząc tyłkiem w rytm piosenki. Jej krwistoczerwone usta błyszczały ponętnie, ułożone w sprośny uśmiech. W dłoni ściskała atrapę Uzi.
- Człowieku.. – zdołał wydusić z siebie Walt w kierunku starszego brata.
- Patrz teraz – uciszył go gestem ręki James.
Kobieta stanęła w szerokim rozkroku nad Waltem. Uśmiechnęła się drapieżnie, lecz on nie widział tego uśmiechu. Wbił wzrok w linię, gdzie majtki wrzynały się w słodki rowek.
- Mam dla ciebie prezent – powiedziała kobieta padając przed nim na kolana i szepcząc do ucha.
- Jaki? – spytał podekscytowany Walt.
- To nie jest prezent ode mnie – odpowiedziała całując go w ucho – tylko od pana Shade'a.
- Kogo?
Kobieta wstała nagle i wycelowała atrapę w Grega.
W tym momencie Walt wiedział już, że broń jest prawdziwa.
Lufa plunęła ogniem, haratając klatkę piersiową najmłodszego z braci. James zerwał się na nogi i już sięgał po broń ukrytą z tyłu spodni.
Był jednak zbyt pijany i zbyt wolny.
Jego przeorane kulami gardło naznaczyło krwistym rozpryskiem pobliską ścianę.
Na sam koniec kobieta wycelowała broń w sparaliżowanego Walta.
Dwie sekundy później leżał pod fotelem, w kałuży życiodajnego płynu, który obficie uciekał z dziesięciu otworów w klatce piersiowej.
- Przecież.. to nie możliwe. Przecież jestem bogiem. – mamrotał pod nosem, gdy zamykał powieki odpływając w ciemność.
Po kolejnych dwóch sekundach już nie żył.


*

Starszy człowiek ubrany w uniform robotnika wszedł do rozległego holu budynku Pattison&Ealms. Wylegitymował się ważną kartą dostępu i wsiadł do windy. Nikt go nie zatrzymał. Nikt nie zadawał zbędnych pytań. Po minucie drzwi otworzyły się, starszy człowiek wyszedł, skręcił w lewo i wbiegł niezwykle żwawo jak na swój wiek po schodach. Pchnął drzwi i znalazł się na obszernym dachu, z którego było widać dzienną panoramę Gotham City.
- Jestem na dachu – powiedział Alfred do rękawa, jednocześnie mrużąc oczy. Niebo było poprzecinane szczątkowymi chmurami, słońce grzało mocno, świetliste promienie odbijały się w niezliczonych drapaczach chmur rozsianych po horyzoncie.
- Świetnie – usłyszał odpowiedź Bruce'a w słuchawce. – podejdź do południowej krawędzi.
Alfred wykonał polecenie, zatrzymując się nad przepaścią. Wychylił się, by spojrzeć w dół, na ulicę. Zakręciło mu się w głowie i cofnął się o krok.
- Jestem – powiedział i spojrzał przed siebie. Biurowiec Pattison&Ealms miał sto pięter. Po drugiej stronie ulicy wyrastał z ziemi równie wysoki budynek. – i chyba widzę nasz apartamentowiec.
- Powinien mieć na dachu lądowisko dla helikopterów – podpowiedział zniekształcony głos Wayne'a.
- Owszem, ma – odparł Alfred kucając nad ciężką walizką, którą przyniósł ze sobą – zaczynam rozmieszczanie sprzętu.
Pennyworth wpisał kod i zatrzaski odskoczyły. W środku, w mięciutkich wgłębieniach spoczywały cztery małe kamery, wkrętarka oraz wiertarka. Alfred wziął wiertarkę w dłoń i zbliżył się do krawędzi. Przełożył nad nią rękę i zrobił dziurę w ścianie. Następnie odszedł kilka metrów w bok i zrobił to samo. Czynność powtórzył jeszcze dwa razy. Wtedy przytwierdził dokładnie kamery za pomocą wkrętarki.
- Gotowe – powiedział do rękawa, jednocześnie drugą ręką ścierając pot z czoła – całe tygodnie padało, a tu znienacka taki cholerny upał.
- Spokojnie, zaraz będziesz mógł wracać – odpowiedział mu głos Bruce'a. – sprawdzę tylko, czy mam sygnał.
- Halo, ty tam! – Alfred usłyszał za sobą stanowczy głos mężczyzny. Spokojnie odwrócił się i zobaczył pracownika ochrony, który zbliżał się do niego żwawym krokiem.
- Tak, o co chodzi? – Alfred zamknął walizkę i wstał. Umiejętności aktorskie pomogły mu zachować kamienną twarz, mimo że zalała go nieprzyjemna fala gorąca.
- Zaraz mamy ćwiczenia przeciwpożarowe – odpowiedział młody, czarnoskóry mężczyzna poprawiając krótkofalówkę zawieszoną na pasku – jeśli skończyłeś to świetnie, jeśli nie to musisz zacząć się streszczać.
- Tak się fortunnie składa – odparł Alfred uśmiechając się z ulgą – że właśnie skończyłem. Wywietrzniki są w porządku, nie wiem co za kretyn po mnie dzwonił.
- Zapewne ten sam kretyn, od którego przyjmuję polecenia. – mężczyzna zachęcił gestem ręki do opuszczenia dachu.
- Cóż, człowiek nie wybiera sobie przełożonych. Może na nich jedynie czasami ponarzekać. – odparł Alfred spacerując z ochroniarzem w stronę schodów.
- Święte słowa, człowieku. Twój szef też taki wrzód na dupie?
- Nawet nie ma o czym gadać. Czasami mam wrażenie, że ma nierówno pod sufitem. – Alfred roześmiał się pokonując kolejne stopnie.
- Ile właściwie masz lat? – spytał ochroniarz, gdy stanęli przy windzie. – nie powinieneś wybierać się na emeryturę, czy coś w tym stylu?
- Nie miałbym serca zostawić szefa. – odparł Alfred wciskając przycisk na panelu. Drzwi rozsunęły się.
- Hej, daj spokój – skrzywił się mężczyzna – znalazłby kogoś na twoje miejsce, nikt nie jest niezastąpiony.
- Obawiam się – powiedział Pennyworth, gdy byli już w środku – że w tym konkretnym przypadku jednak jestem nie do zastąpienia.
- Obraz jest. – szepnął Bruce prosto w ucho Alfreda – Dźwięk też, głośny i wyraźny. Na wypadek, gdybyś się zastanawiał.
- Oh, dobrze wiem, że wszystko słychać. – uśmiechnął się Pennyworth od ucha do ucha.
- Co? – zdziwił się czarnoskóry mężczyzna.
- Nie przejmuj się mną. Czasami rozmawiam do siebie. Skrzywienie zawodowe. – wyjaśnił Alfred poprawiając czapkę.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 12 wrzesień 2012, 17:42:20
*

Po niezwykłym, upiornie gorącym dniu, nad Gotham ponownie ściągnęły ciężkie jak ołów, czarne chmury. Potężne grzmoty poprzedziły rzęsisty deszcz, który właśnie zalewał miasto.
Ulice zamieniły się w rwące potoki, odbijające światła neonów. Z rynien ciurkiem leciała deszczówka, drgające, białe fale gęstego deszczu cięły przestrzeń między budynkami.
Gęste krople barabaniły o przystanek, na którym siedział mężczyzna w długim, kremowym prochowcu. Jego kołnierz był postawiony na sztorc, sięgał krawędzi kapelusza. Twarz ukryta była w mroku.
- No dalej – mruknął Batman wypluwając paproszek, który dostał się do ust gdy zakładał kominiarkę. – nie daj na siebie czekać.
Nagle, rozbryzgując dookoła wodę, przed przystankiem zatrzymała się taksówka. Wyłonił się z niej James Gordon. Jego płaszcz był przemoczony, trzymał nad głową gazetę, chroniąc przed ulewą swe siwe włosy. Gdy znalazł się pod dachem przystanku rzucił ją na ławkę i otrzepał płaszcz.
- Co za przeklęta pogoda – powiedział sam do siebie przecierając chusteczką okulary. Gdy wsunął je na nos zlustrował obojętnym wzrokiem mężczyznę w płaszczu, po czym wyjrzał z przystanku zerkając na chodnik.
- Spóźniłeś się – powiedział Batman zdrową ręką poprawiając kapelusz – siadaj.
- To ty? – Gordon przechylił w zdziwieniu głowę. Podszedł i usiadł obok. – Niezły kamuflaż. Jak na zwłoki.
- Podobno żyje się tylko dwa razy.
- Jakim cudem udało ci się przeżyć? – spytał Gordon mrużąc oczy. Starał się przejrzeć ciemność osłaniającą twarz pod kapeluszem. Gdy zorientował się, że Batman nosi kominiarkę, zrezygnowany odwrócił głowę i spojrzał na ludzi jedzących w chińskiej restauracji naprzeciw.
- Cudem. Tyle wiem. A jakim to już inna kwestia, komisarzu.
- Nie jestem już komisarzem – syknął James odpalając papierosa. W jego głosie Batman usłyszał zawód. I nutkę złości.
- Jesteś na mnie zły? Że kazałem ci wtedy wstrzymać ludzi? – spytał Batman. Musiał wiedzieć.
- Nie. – zaprzeczył Gordon wypuszczając obłok dymu – Jestem zły na siebie, że na to poszedłem. Nie wydałeś mi rozkazu, nie jesteś moim przełożonym. A ja nie jestem kretynem. Mam wolną wolę.
- Twoim jedynym błędem tamtej nocy był fakt, że mi zaufałeś. O raz za dużo. Zaufałeś mi, że będę w stanie uratować chłopca. – powiedział przyciszonym, pełnym goryczy głosem Batman. James spojrzał na niego, zaskoczony. Mroczny Rycerz spuścił głowę, jeszcze bardziej kryjąc się pod kapeluszem. Były komisarz po raz pierwszy usłyszał w jego głosie tak silne emocje.
- Powiedz mi, co tam się stało – poprosił Gordon nachylając się w jego stronę – nie śpię po nocach, próbując sobie wszystko poukładać. Wiem na sto procent, że to nie był Pluszowy. Więc kto?
- Cała armia najemników. – odparł Batman – Uzbrojonych po zęby.
- A chłopiec? – dopytywał się James. Ulewa jeszcze przybrała na sile. Dudnienie kropel o przystanek zaczęło utrudniać konwersację.
- Tom zginął na moich oczach, zanim mogłem cokolwiek zrobić. Był jedynie przynętą. Na mnie i na ciebie. Gdy zginął, rozpętało się piekło, z którego ledwo wyszedłem w jednym kawałku. – Batman podniósł chropowaty głos, by przebić się przez deszcz. – Gdybyś wszedł tam z policją, przerobiliby was na krwawą miazgę.
- Ale kto to zaplanował? Kto jest mózgiem tego wszystkiego?
- Przybył do miasta dwa miesiące temu. Nazywa się Quawi Shade. Shade to tylko pseudonim. Pogrzebałem trochę i znalazłem prawdziwe nazwisko. Quawi Hariri. Multimilioner z Dubaju. Dorobił się na ropie i wojnach domowych, między innymi w Sudanie. Był zaopatrzeniowcem. I to sprytnym. Dostarczał broń obu stronom konfliktu.
- Multimilioner? Dubaj? – Gordon ze złością pstryknął palcami i tlący się jeszcze papieros wylądował w kałuży. – Czego do cholery jasnej szuka w Gotham?
- Wystarczy przejrzeć prasę, by się domyślić. – Batman wskazał gestem dłoni gazetę leżącą obok.
- Myślisz, że napad na bank i zamachy na liderów gangów i mafii to jego robota?
- Ja jestem tego pewien. Quawi Shade Hariri zagrał all-in. Jego pierwszym krokiem było wyeliminowanie mnie i ciebie. Teraz już nic nie może go powstrzymać. Jedzie bez hamulców. – wyjaśnił Batman.
- Musi bardzo dobrze orientować się w sytuacji półświatka Gotham.
– Nic dziwnego. Shade ma wpływy w policji. Zdobycie dokładnych informacji na temat grubych ryb to drobnostka. Tak jak odkopanie akt dotyczących Pluszowego, by później zaaranżować dla nas przedstawienie, które wciągnie nas w pułapkę.
- Czy wiesz, co będzie głównym dowodem w sprawie przeciwko mnie? – James nerwowo oblizał wargi - Nagranie naszego spotkania w domu Tom'a Dane'a. Ktoś kręcił wszystko z dachu budynku naprzeciwko.
- Pułapka idealna. – skomentował Batman. Samochód przejechał obok przystanku, posyłając na rozmawiających wachlarz wody z kałuży.
- Mówisz to tak, jakbyś go podziwiał – syknął nagle Gordon, nie zwracając uwagi na deszczówkę ściekającą ciurkiem z jego głowy – podczas gdy ja tonę w głębokim gównie!
– Zastanawia mnie, jak najemnicy uciekli z budynku, skoro był otoczony przez twoich ludzi. – Batman puścił mimo uszu wybuch złości Jamesa.
- O, to jest kolejny majstersztyk. Z pewnością ci się spodoba – odparł ironicznie Jim – wycofali się łącznikiem do drugiego budynku. Wysłałem do niego oddział SWAT, by zabezpieczyli parter na wszelki wypadek. Ci kolesie obezwładnili paraliżującym gazem wszystkich chłopaków, przebrali się za nich i podpieprzyli jedną z furgonetek. Wtedy rozkazałem ją ostrzelać, ale było za późno. Uciekli. Oczywiście wina za obrażenia funkcjonariuszy oraz ucieczkę spadła na mnie.
- Nie słyszałem o tym – odparł Batman.
- Nie usłyszysz o tym w wiadomościach, a prokuratura nabrała na ten temat wody w usta. Kawałek pościgu możesz za to obejrzeć na youtube. O ile jeszcze tego nie zdjęli. – Gordon ściągnął okulary, pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. – Jestem skończony.
- Musimy dowiedzieć się, kogo Shade ma w policji. – Batman położył dłoń zdrowej, lewej ręki na ramieniu Jamesa, lecz ten zdjął ją automatycznie i spojrzał mu z wyrzutem w oczy.
- Jestem skończony, nie słyszysz? To koniec!
- Będziesz skończony, jeśli zamiast wziąć się w garść, dasz się pogrzebać żywcem! – Batman podniósł głos. – Wiem, gdzie zatrzymał się Shade. Założyłem nieopodal monitoring. Potrzebuję twojej pomocy w ustaleniu, kto jest jego wtyczką w policji. Zrobimy to powoli, dokładnie. Z planem. Dopadniemy go.
- Nie mogę nic zrobić – James wstał gwałtownie i przeczesał włosy – jestem zawieszony, czekam na rozprawę. Cokolwiek bym teraz zrobił, byłbym wyjęty spod prawa.
Batman podniósł głowę, by spojrzeć byłemu komisarzowi w oczy.
- Witaj w moim świecie.
Gordon przez chwilę wytrzymał kontakt wzrokowy, po czym wyszedł na deszcz, który zbombardował go ciężkimi, oleistymi kroplami. Po kilku sekundach całkowicie przemókł. Złapał się za włosy i gwałtownie wszedł pod przystanek wskazując palcem Batmana.
- To wszystko nie ma sensu! – oczy byłego komisarza wyrażały wielkie cierpienie, które wzbierało w nim przez wszystkie miesiące, a teraz kipiało by w końcu wydostać się na zewnątrz – Poświęciłem ostatnie lata swego życia na chronienie miasta, które jest toczone przez nieuleczalną chorobę!
Batman milczał. James zakreślił dłonią półokrąg.
- Co więcej, ta choroba jest zaraźliwa! Nawet nie wiesz kiedy, zostajesz wessany w niekończącą się, wyniszczającą pogoń za celami, które i tak po jakimś czasie okazują się iluzją. Są nic nie warte! Jak zamoczona srajtaśma, nawet tyłka sobie nie podetrzesz!
Co my sobie myśleliśmy? Powiedz mi: co my sobie najlepszego ubzduraliśmy? – James zastygł z otwartymi ustami. Jego klatka piersiowa unosiła się szybko – Że co, że we dwóch naprawimy ten cały bajzel? Przeprowadzka z Chicago była najgorszą decyzją w moim życiu! Przez Gotham straciłem żonę! Moje dziecko do końca życia będzie poruszało się na pierdolonym wózku inwalidzkim!
Jim zbliżył się do krawędzi przystanku i z furią uderzył w jego ścianę pięścią, zostawiając okrwawione, pajęcze pęknięcie. Gordon uderzył ponownie. I jeszcze raz.
Przy każdym ciosie krzyczał ze wściekłością.
Każdy cios był mocniejszy od poprzedniego.
- Straciłem Sarę! Straciłem pracę! Mam pięćdziesiąt lat i jestem pieprzonym, nic nie wartym, zgnojonym zerem! – pięść w końcu przebiła się przez szkło. James przyłożył dłoń do czoła. Ze zmasakrowanych kostek płynęły stróżki krwi. – Nie mam nic. Nie zostało mi nic. Zabrali mi nawet mój dach, na który wychodziłem każdej nocy zapalając sygnał. Patrzyłem na te gnijące, utaplane w brudzie budynki i wiesz, co sobie myślałem?
Batman ani drgnął. Nie śmiał się odezwać. To była chwila Jim'a. Zasłużył na nią. Gordon zbliżył się do Batmana i kucnął przed nim, by spojrzeć w oczy ukryte pod kapeluszem.
- Myślałem sobie, że ja i ty jesteśmy lekarstwem na raka. Że mamy tę moc, tę iskrę nadziei i woli działania, by zmienić miejską, dziką dżunglę w coś cywilizowanego. W miejsce, gdzie ludzie będą mogli czuć się bezpiecznie. Gdzie nikt nie ginie od noża w alejce, gdzie szkolne boiska wolne są od gnojków sprzedających prochy. – po policzkach Jamesa, oprócz kropel deszczu płynęły łzy. – Jak mogliśmy się oszukiwać tak długo? Jak mogliśmy być tacy ślepi? W tym świecie nie ma miejsca dla idealistów! W miejscu jednego bandziora wyrasta dwóch kolejnych.
James złapał w płuca haust powietrza, odwrócił twarz. Gdy ponownie się odezwał, jego głos był cichy, zdławiony przez ściśnięte gardło.
- Batmanie.
- Tak? – Mroczny Rycerz nie poruszył się.
- Ja zacząłem to wszystko, uciekłem w pracę, żeby jak najmniej przebywać w domu. Stałem się pracoholikiem. Wstyd o tym mówić, ale wolałem widywać mordy kryminalistów, niż twarz własnej żony. Ale jakie jest twoje wytłumaczenie?
- Jim.. – zaczął Batman.
- Posłuchaj, nigdy cię o to nie pytałem. Nie obchodziło mnie to, ale teraz, w tej chwili muszę wiedzieć. Dlaczego? Dlaczego to robisz? Czy twoje życie jest aż tak obrzydliwie smutne, tak zdewastowane i puste, że musisz co noc wychodzić i szukać przestępców? – James złapał się za włosy, następnie chwycił Batmana za ramiona – Wiem, że nie robisz tego dla adrenaliny. Nie jesteś szczeniakiem, tylko inteligentnym, niesamowicie wytrenowanym facetem. Z pewnością masz pieniądze. Dużo pieniędzy. Możesz mieć co tylko zechcesz, a wybierasz to:
Gordon wstał, rozłożył ręce i okręcił się wokół własnej osi wskazując zamienioną w rwącą rzekę ulicę i skąpane w deszczu, połyskujące w ciemności budynki wyrastające dookoła jak potężne drzewa w dżungli.
Batman wziął głęboki oddech.
- Kiedyś, dawno temu miałem konkretny cel. Złożyłem komuś obietnicę. – zaczął mówić niskim, chropowatym jak papier ścierny głosem – Robiłem to tak długo, aż wpadłem w rutynę. Zgubiłem się. Dotarłem do momentu, w którym sam już nie wiem, jaką jeszcze mam motywację. I czy w ogóle ją mam.
Batman wyprostował się na ławce.
- Wiem natomiast jedno. Jestem jedynym światłem, mogącym rozpraszać noc w Gotham. Jestem jedyną rzeczą, jaką w tym mieście respektują kryminaliści. Jestem ponad prawem, stałem się symbolem. Teraz już nie chodzi o to, czy mam motywację czy nie. To się nie liczy. Bycie Batmanem przestało być zajęciem dobrowolnym. Stało się obowiązkiem. Bo wiem, że gdy zniknę, mrok pochłonie Gotham na zawsze.
Jim stał w miejscu ze spuszczoną głową.
- Ty też jesteś takim światłem – powiedział Batman. James podniósł na niego wzrok. – Jesteś i zawsze byłeś jedynym sprawiedliwym, nieprzekupnym gliną. W mieście takim jak to, jesteś przedstawicielem gatunku, który powinien był wyginąć dawno temu. Jesteś kimś, kogo ludzie potrzebują. Którego potrzebuję ja. Gdyby nie ty, nigdy nie zaszedłbym tak daleko. Uzupełniamy się i tylko dlatego jeszcze obaj żyjemy.
Jim usiadł zrezygnowany obok Batmana. Krew z porozcinanej dłoni kapała ciurkiem na bruk, mieszając się z deszczówką i błotem. Gordon patrzył w ten obraz nieobecnym wzrokiem.
- Muszę pomyśleć o tym wszystkim. – powiedział po chwili i wstał. – Będziemy w kontakcie.
Batman podniósł na niego wzrok. Jim stał w miejscu, jakby chciał jeszcze coś dodać.
- Wracaj szybko do zdrowia – rzucił i zniknął w strugach deszczu.
Zaskoczony Batman uniósł ze zdziwienia brwi, po czym leciutko się uśmiechnął.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 14 wrzesień 2012, 18:02:00
Przed Wami kolejna część książki plus pierwszy projekt okładki ;) !

Mam nadzieję, że się podoba i czekam na komentarze!

(http://s17.postimage.org/fsgr2n5jz/ok_adka.png)



*

Ze snu wyrwał go ogłuszający ryk zamontowanego w schowku nad łóżkiem karabinu maszynowego ECHO 1 Minigun Combo, który pruł ogniem, robiąc sito z drzwi wejściowych.
Francis Samelli przekręcił się na łóżku i szybkim ruchem wdusił przycisk na ścianie, który wtłoczył gaz paraliżujący w korytarz znajdujący się za rozrywanymi na kawałki drzwiami.
Mężczyzna podniósł z ziemi bezprzewodowy panel sterujący bronią i ustawił ją w tryb wyszukiwania cieplnego.
Minigun leniwym, płynnym ruchem obrócił się w lewo, wyrywając w ścianie dziury wielkości arbuzów, przez które wpadały koślawe strugi światła z zachlapanego krwią korytarza. 
Francis podbiegł do szafy, szybko włożył spodnie, kamizelkę kuloodporną, maskę przeciwgazową. Zarzucił na ramię kaburę z glockiem, po czym chwycił w dłonie shotguna.
W tym momencie okno za jego plecami rozsypało się w drobny mak i stanął w nim ubrany na czarno mężczyzna. Samelli odwrócił się błyskawicznie i bez chwili namysłu pociągnął za spust.
Pierwszy pocisk trafił w stojący nieopodal, włączony telewizor, posyłając w górę snop iskier.
Drugi zdmuchnął napastnikowi połowę twarzy, posyłając jego konwulsyjnie kurczące się zwłoki kilkanaście pięter niżej, prosto na chodnik.
Francis zamarł bez ruchu.
Minigun przestał strzelać, ogłuszający huk ustał.
W powietrzu rozchodził się jedynie cichy, miękki głos obracającej się coraz wolniej lufy.
W momencie, gdy było już całkowicie cicho, zza zamkniętych drzwi kuchni dobiegł hałas tłuczonego talerza.
Samelli przeładował broń, stanowczym krokiem wszedł do salonu i z całych sił pchnął jedną ze ścian, w której ukryte było tajne przejście.
Prowadzące prosto do kuchni.
Francis zaszedł napastnika od tyłu, akurat gdy ten powoli naciskał klamkę. Pociągnął za spust, a jego głowa rozerwała się, hojnie dekorując pomieszczenie kwiecistymi rozbryzgami krwi zmieszanej z kawałkami mózgu.
Z lufy unosiła się stróżka dymu. Francis odetchnął głęboko i opuścił broń. Nie usłyszał kroków skradającego się za nim mężczyzny.
Zanim zorientował się, co się dzieje, już leżał na ziemi z obolałą potylicą, krępowany przez trzech napastników, którzy skuli go kajdankami i obwiązali w pasie liną.
Przez ćmiący, pulsujący ból zdołał ze zdziwieniem zarejestrować, że coś ciągnie go po ziemi.
Po chwili został wywleczony przez okno i zawisł na wysokości szesnastego piętra, głową w dół, podziwiając nocne światła miasta rozmyte przez strugi rzęsistego deszczu.
Daleko, w dole widział rozciągnięte na chodniku ciało w wielkiej kałuży krwi.
Ktoś wciągał go w górę. Minęło kilkanaście sekund i był już na dachu.
Nie mógł się ruszyć, ani osłonić twarzy przed zaciekłym deszczem. Mógł jedynie słuchać, jak wpierw przytłumiony, teraz już wyraźny odgłos helikoptera lokuje się centralnie nad nim.
Francis otworzył jedną powiekę i zobaczył nad sobą światła maszyny.
Jakiś człowiek mocował koniec krępującej go liny do drugiej, spuszczonej z helikoptera.
- Co jest?! – krzyknął z przerażeniem i niedowierzaniem, gdy został brutalnie uniesiony w powietrze. Dach, na którym jeszcze przed chwilą leżał oddalał się w zastraszającym tempie.
Wieżowce dookoła zawirowały, rozciągając linie świateł w niekończący się, jaskrawo kolorowy lej.

Gdy ocknął się w zupełnie ciemnym pomieszczeniu, skrępowany na krześle, z puchnącym na głowie guzem wiedział już, że choć jest to nie do pojęcia – ostatnie wydarzenia nie były jedynie dziwnym snem, lecz zdarzyły się naprawdę.
Nagle, kilka metrów przed nim rozbłysła żarówka.
W snopie żółtego światła stał wysoki mężczyzna w eleganckim, czarnym garniturze. Mężczyzna ten z uwielbieniem oglądał paznokcie lewej ręki, drugą trzymał w kieszeni. Uśmiechał się dziwnie.
Obco.
Przerażająco.
Francis był przerażony. Wystające kości policzkowe rzucały na rozciągnięte usta mężczyzny upiorne cienie. I choć wszystko o nim mówiło, że jest dystyngowanym, ułożonym dżentelmenem – począwszy od skrojonego na zamówienie garnituru, przez połyskujący sygnet na środkowym palcu, aż po zaczesane starannie do tyłu czarne włosy – coś z nim było nie tak. Otaczała go aura nieprzewidywalności i brutalności.
Francis zauważył, że drży ze strachu. Po części z uwagi na swoje położenie, po części dlatego, że zaczynał się domyślać, kim jest jego oprawca.
Błysnęła druga żarówka, wydobywając z mroku kolejną ofiarę.
Krzesło ze skrępowanym, czarnoskórym mężczyzną znajdowało się w połowie odległości pomiędzy Francisem, a facetem w garniturze.
- Szefie.. – wyjąkał czarnoskóry. - .. Shade, co ja zrobiłem?
- Zamknij mordę. – skwitował oprawca wolnym ruchem rozpinając marynarkę. Powiedział to miękkim, niemal przyjacielskim głosem. Francis oblał się zimnym potem.
A więc nie mylił się.
Został porwany przez Shade'a, o którym mówiło ostatnio całe miasto.
Kolejna struga światła wystrzeliła tuż obok Francisa, oświetlając trzeciego zakładnika. Potężne ramiona, pod którymi drgały wytrenowane mięśnie wykręcone były do tyłu. Facet miał długie, proste włosy spięte w kucyk. Jego twarz była blada, pokryta trzydniowym zarostem. Usta drżały, oczy mówiły, że jest śmiertelnie przerażony.
- Powiedz mi.. – zaczął Shade. Zdjął marynarkę, po czym eleganckim ruchem złożył ją w pół i zniknął na moment w mroku. Gdy znów wszedł w snop światła był już bez niej i właśnie podtaczał rękawy nieprzyzwoicie białej koszuli. - .. jak trudne jest zabicie pajaca w stroju nietoperza?
- Szefie.. co ty? – odparł czarnoskóry panicznie wiercąc się na krześle. Francis nie widział jego twarzy, ale domyślał się, jak wygląda. Błagalnie. Prosząco. – Przecież on nie żyje.
- Obecny tutaj pan Essen twierdzi inaczej – Shade skończył podtaczać rękawy, stanął teraz w szerokim rozkroku i zamaszystym gestem wskazał długowłosego mężczyznę na krześle obok Francisa. – Pan Essen twierdzi, że Batman odwiedził go w szpitalu. W przeciwieństwie do ciebie, Jay Essen jest zawodowcem. Być może najlepszym najemnikiem w tym zasranym mieście. Praca z nim to czysta przyjemność, podczas gdy praca z wami to pasmo niekończących się zawodów.
Shade pochylił się nad czarnoskórym i przesadnie, niemal teatralnie akcentował każde słowo.
- Widzę po ludziach, kiedy kłamią, Roy! Taką właśnie mam umiejętność. Jay Essen mówi prawdę, jest w tym momencie równie posrany ze strachu jak ty! Nie śmiałby mi skłamać. Nikt nie śmie i nikt nawet tego nigdy nie spróbował w mojej obecności!
Echo słów rozeszło się po sali i zostało wessane przez lepki mrok.
- Dlaczego Shade?! Dlaczego to robisz?! – spanikowany Roy niemal płakał.
- Jeśli Batman żyje – Shade wyciągnął zza pleców metalicznie połyskujący pistolet i podniósł głos – oznacza to, że dowodząc akcją straciłeś w żałosnym stylu pięciu moich ludzi! Spieprzyłeś sprawę Roy! Spieprzyłeś iście koncertowo! Straciłem pięciu dobrych chłopaków, już olać sprzęt, bo tego mamy jak lodu. Ale ci chłopcy byli ze mną niemal od początku..
- Szefie.. szefie.. – chlipiał murzyn widząc, jak Shade wyciąga rękę z bronią i celuje w prosto w niego.
- A jeśli oni nie żyją! – krzyknął Shade. Jego twarz przybrała maskę opętańczego gniewu – pytam: jakie prawo do życia masz ty?!
Huknęło.
Pocisk przeszedł na wylot, zrykoszetował od posadzki i błysnął gdzieś w lewym rogu pomieszczenia. Czarna struga krwi chlupnęła na ziemię, pochłaniając żarłocznie cały okrąg światła wokół martwego Roy'a.
Shade odrzucił pistolet w ciemność. Broń wydała przeciągły dźwięk ślizgając się po podłodze.
Nad Francisem zapaliła się żarówka, wydobywając go z przyjemnej, bezpiecznej ciemności.
Teraz czuł się jak na strzelnicy. Jak potencjalny następca Roy'a.
Jak świnia w rzeźni.
Ze strachu ledwo mógł oddychać.
- W mieście pojawił się nowy chłopiec – powiedział Shade uśmiechając się do niego drapieżnie. Wsadził w zęby papierosa i zamaszystym ruchem odpalił zapalniczkę. Końcówka fajka rozżarzyła się i z jego nosa wypełzł dym. Wysoki mężczyzna spokojnym krokiem zbliżył się do stolika, który do tej pory zatopiony był w mroku i pstryknął przycisk.
Lampka oświetliła imponującą kolekcję noży i skalpeli.
- Matko.. – wyszeptał cichutko Francis. Czuł, że zaraz popuszczą mu zwieracze. Zacisnął z całej siły zęby przygotowując się na najgorsze.
Shade stał nad stolikiem zastanawiając się. Szybko zaciągał się papierosem roztaczając wokół chmury siwego dymu, który wirował w zwolnionym tempie. W końcu Quawi uniósł do góry wąski, podłużny skalpel i przechylił w zadumie głowę. Zmrużył oczy po czym uśmiechnął się.
- Chłopiec, który ma wielką ochotę na porządną zabawę. Wyobraź sobie – zwrócił się do Francisa – że znowu jesteś szczeniakiem, a twoi starzy wyjechali na weekend z miasta.
Shade zrobił kilka eleganckich, wymierzonych kroków i stanął przed martwym najemnikiem.
- Pragniesz potężnej imprezy. Takiej, jaką zapamiętasz na długo. Na samą myśl po plecach biegną ci ciarki.
Quawi jedną ręką uniósł bezwładną głowę mężczyzny, drugą zaś przytknął skalpel i wykonał wolny, precyzyjny ruch. Francis przygryzł wargę. Nie widział twarzy Roy'a, ale potrafił sobie bardzo obrazowo wyobrazić, co ze skalpelem robi Shade.
Krople krwi ściekały po trupie, mlaskając okropnie, gdy jedna za drugą wpadały w kałużę.
- Dla mnie tą imprezą jest Gotham. - ciągnął monolog oprawca. Ścisnął wargi zaciągając się papierosem, który uniósł się gwałtownie w górę, strącając popiół - I obiecuję ci, będę bawił się na całego. Do utraty tchu. Przejadę to miasto walcem i wycisnę z niego wszystko, co się da. Poleją się hektolitry krwi.
Shade nagle się wyprostował i ujął w zakrwawione palce papierosa zaciągając się. Niechcący zostawił na swej twarzy podłużną, czerwoną smugę. Krople krwi spływały ciurkiem w dół, do łokcia, wsiąkając w nieskazitelnie białą koszulę. Gdy opuścił dłoń z fajkiem, z rezygnacją zauważył, że cały przesiąkł karmazynowym płynem i zgasł. Odrzucił peta w kąt.
- Francis! Zapewne zastanawiasz się: dlaczego. Chcesz znać ten fundament, na którym stoję, próbujesz rozpaczliwie zrozumieć, z czego wyrosłem i o co mi chodzi. Widzę to w przerażonych oczach i kroplach potu, które spływają z twojego czoła. Powiem ci, dlaczego. Dlatego, że mogę. - Shade wrócił do cięcia twarzy trupa. Był zupełnie spokojny. Sprawiał wrażenie, jakby ta czynność była dla niego tak samo rutynowa, jak na przykład robienie kanapek na śniadanie - Moje metody są brutalne i mogą przywołać na myśl obraz średniowiecznego rycerza, biorącego siłą chłopską młódkę chwilę przed tym, jak pali całą wioskę i podrzyna gardła jej rodzicom. Jest to słuszne skojarzenie. Mniej więcej tak to wygląda. Jeśli chcesz zadowolić się okruszkami ze stołu, możesz postępować byle jak i grać według reguł. Jeśli jednak tak jak ja - chcesz wszystko mieć tylko i wyłącznie dla siebie, musisz złamać zasady. Przekroczyć wszelkie możliwe granice brutalności.
Shade zrobił krok w tył. Francis poczuł, że kolacja podchodzi mu do gardła.
Quawi trzymał w jednej dłoni skalpel, z którego ciurkiem spływała krew.
Kap.
Kap.
Kap.
W drugiej dłoni ściskał makabrycznie zwiotczałą, odciętą twarz Roy'a.
Francis w panice spojrzał na Essena, siedzącego na krześle obok.
Jay miał zamknięte oczy. Trząsł się na całym ciele jak galareta.
- Musisz zejść na totalnie bezczelny poziom, który wywołuje obezwładniające, zapierające w piersiach dech, nie dające się z niczym porównać przerażenie. – Shade podszedł do kolejnego stolika, nad którym błysło światło. Stał tam garnek z jakąś substancją. Quawi wrzucił do środka odciętą twarz. - Jestem jak potężna, zachłanna czarna dziura. Przyszedłem, a wraz ze mną przyszły mój świat, moje reguły, moje sny i koszmary. Od jakiegoś czasu Gotham jest z wolna zasysane do mego świata. Ostatnio rozkręciłem się już na całego.
Shade wziął szczypce i delikatnie wyjął dymiący kawał skóry z garnka. Twarz była blada, oczyszczona z krwi. Francis aż podskoczył na krześle, słysząc swoje imię.
- Francis! Powinieneś być mi wdzięczny. Większość mafijnych bosów z Gotham trafiło w ostatnich dniach do piachu. Padli jeden za drugim, jak muchy. Nie byli w stanie nic zrobić, umierali ze zdziwieniem w oczach. – Shade spojrzał w stronę Essena - "Jak to, właśnie tak się kończy moje życie?"; czuli dokładnie to, o czym często papla Jay Essen. Byli tak zarozumiali i pewni siebie, że nie potrafili pojąć, że to przyszło bez żadnego ostrzeżenia.
Kolejne światło błysło.
Francis przez moment nie wiedział, na co patrzy. Lustrował zaniepokojonym, obłędnym wzrokiem rząd ośmiu manekinów, które rzucały na ziemię podłużne, upiorne cienie.
Gdy w końcu pojął, co ogląda, jego kolacja gwałtownie wydostała się na zewnątrz, rozpryskując się na posadzce przed nim.
Każdy manekin miał głowę obciągniętą inną maską.
Maski te wyglądały makabrycznie.
Tym bardziej, gdy zrozumiało się, że są to odcięte, ludzkie twarze.
Manekiny stały dumnie, patrząc się przed siebie pustymi obliczami zmarłych ludzi, prezentując ironiczny, kpiący ze wszystkich świętości, przerażający rodzaj sztuki.
Wytwór szalonego ponad wszelkie granice umysłu.
- Wracając do pointy. – kontynuował jak gdyby nigdy nic Shade, bezceremonialnie obciągając rozciągniętą twarz murzyna na głowie jednego z manekinów. - Zostawiam w tym mieście dwie siły: Yakuzę oraz właśnie Samellich. Daję wam do podziału miasto. Przejmiecie lokale oraz tereny organizacji, które wypadły z gry. Dostaję 65% wszystkich zysków. Myślę, że to uczciwa propozycja. Zresztą, ciężko to nazwać propozycją. Albo przyjmiecie, co daję, albo wypatroszę was jak resztę. A lub B. Innych opcji nie przewiduję. W tym świecie miarą twoich możliwości są pieniądze i strach, jaki wzbudzasz. Mam wszystkie pieniądze świata, a strach jest moim wiernym psem, którym szczuję Gotham.
Shade oddalił się w tył i z dystansu spojrzał na swoje dzieło.
Cmoknął uśmiechając się szarmancko i pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Musicie przyznać, że jestem w tym kurewsko dobry.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 27 wrzesień 2012, 10:49:52
Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze to czyta, chyba nie, ale w sumie nie interesuje mnie to.
Całość zostanie wydana wkrótce w formie e-booka.

Wrzucam ostatnią publicznie dostępną część przed całościową publikacją ;)

Chciałbym, jeśli ktoś doczyta do tego momentu, zamieścił w tym temacie UWAGI oraz wskazówki wypełniając mały formularz. Jeśli wyłapiecie błędy - trąbić, poprawię. Liczę na Wasz feedback.

Formularz informacji zwrotnej

1. Co najbardziej Ci się podoba w opowiadaniu?
2. Co podoba Ci się najmniej?
3. Czy w którymś miejscu zrobiło się nudno? Jeśli tak - to w jakim?
4. Czy zauważyłeś/aś jakieś nieścisłości, luki fabularne?
5. Której z postaci drugoplanowych powinno być mniej/więcej?

DZIĘKUJĘ Z GÓRY WSZYSTKIM, KTÓRZY WYPEŁNIĄ FORMULARZ.

-------------------------------------------------------------------------------


Odgłos uderzeń w klawiaturę rozchodził się szerokim echem, łącząc się w jedną melodię ze skrzeczeniem wiszących pod sklepieniem pieczary nietoperzy i dźwiękiem szumiącej w oddali wody.
Bruce wwiercił się w czarny, skórzany fotel i oparł brodę na dłoni owiniętej bandażem.
Obserwował.
Czekał.
Pięć wielkich, czterdziesto-dwu calowych monitorów rozświetlało podest, wydłużając cień fotela, który gubił się gdzieś w ciemności.
Cierpliwe oczy Bruce'a przesuwały się z wolna z jednego ekranu, na kolejny.
Wystarczył zaledwie tydzień od śmierci Batmana, by miasto ogarnęła brutalna fala porachunków mafijnych. Dzisiejsza strzelanina w parku kosztowała życie pięciu niewinnych osób. – mówił wprost do kamery reporter jednej ze stacji, oświetlony błękitną poświatą policyjnych lamp – Nie udało nam się dziś dotrzeć do Alexa Randalla, pełniącego obecnie funkcję komisarza policji w Gotham. Rzecznik prasowy policji Dave Higgs zapewnia, że jednostki specjalne robią wszystko, co mogą, by powstrzymać te nasilające się akty terroru. Oglądając rosnącą w całym Gotham panikę ciężko nie stwierdzić: w obecnej sytuacji ,,wszystko" może nie wystarczyć.
Bruce wyciszył reportaż i przesunął wzrok na kolejny ekran, gdzie starszy mężczyzna w fartuchu okraszonym różnokolorowymi smugami wypowiadał się do mikrofonu. Jego oczy były wielkie jak talerze. Mimika przesadnie nerwowa. Słowa wypluwane za szybko. Na pierwszy rzut oka widać było, że jedzie na amfie.
- Pracowałem nad obrazem pięć dni z przerwami na toaletę i jedzenie – mówił podekscytowany, nerwowo zwilżając wargi. – nazwałem go ,,Pożegnanie Rycerza".
- O ile dobrze rozumiem – odezwał się głos zza kamery – główną inspiracją do stworzenia obrazu była fotografia uwieczniająca byłego komisarza policji, Jamesa Gordona trzymającego maskę Batmana?
- Dokładnie tak – odparł malarz przygryzając wargę. – lecz ta scena jest tak banalna, jak pan to właśnie opisał jedynie na pierwszy rzut oka. Moim zdaniem, na tej fotografii Thomas Flave uwiecznił bardzo romantyczną i bardzo osobistą chwilę, nie tylko dla Jamesa Gordona, ale dla nas wszystkich – mieszkańców Gotham. Myślę, że śmierć Batmana dotknęła w jakiś sposób każdego obywatela miasta. Postać byłego komisarza jest personifikacją Gotham, uosobieniem każdego z nas. W moim obrazie postanowiłem jeszcze bardziej to podkreślić dodając komisarzowi łzy, które wyciekają spod okularów odbijających pożar. To nie James Gordon płacze. Płacze całe Gotham.
- Słynna fotografia wczoraj poszła pod młotek. Została sprzedana za dwa miliony dolarów. Czy planuje pan zbić na obrazie fortunę?
- Jestem artystą, ale nie oszukujmy się. Farbami i płótnem się nie najem. Obraz stworzyłem, by uwiecznić przełomowy dla Gotham moment oraz by oddać me dzieło w dobre ręce – za uczciwą cenę.
Bruce miał dość. Przeniósł wzrok na pozostałe ekrany.
O tak, tu było o wiele ciekawiej.
Lądowisko na dachu apartamentowca, który wynajmował Shade podświetlone błękitnymi lampkami halogenowymi. Dwie osoby.
Quawi palił papierosa. Z Jay'em Essenem.
Bruce zrobił zbliżenie. Shade mówił, Jay słuchał.
Najemnik był trupioblady. Nawet w nocy było to widać.
- Szczęśliwy z ciebie gnojek. – wymruczał Wayne sam do siebie pociągając yerbę z bombilli – A obstawiałem, że skończysz w worku.
Przez chwilę starał się czytać z ruchu warg lecz szybko dał za wygraną. Złe oświetlenie, za słaba jakość obrazu. Nie ma szans.
Bruce odstawił naczynie na stół zasłany informacjami na temat Shade'a. W ciągu ostatnich nocy przestudiował wszystko, co udało mu się zdobyć na jego temat. Nie było tego dużo.
Brakowało wielu informacji. To tak, jakby pojawił się znikąd i natychmiast stał się zbijającym niewyobrażalne sumy handlarzem bronią. Więcej danych było na temat jego żołnierzy. Sami zawodowcy. Głównie byli wojskowi i łowcy głów z całego świata.
Nagły ryk silnika rozszedł się grzmiącym echem po grocie, a oślepiający błysk reflektorów oświetlił przerażone nietoperze, uciekające na wszystkie strony, łopoczące rozpaczliwie błoniastymi skrzydłami.
Potężny, czarny pojazd wytoczył się wślizgiem z tunelu i znieruchomiał na betonowym podeście. Silnik zachrypiał po raz ostatni i zgasł. Pokrywa maszyny odskoczyła w tył i ze środka wygramolił się Alfred. Ruszył w stronę Bruce'a, wolnym ruchem zdejmując skórzane rękawiczki.
- Teraz nie powinien sprawiać problemów. Nowej zabawki nie testowałem, nie miałbym sił, by później sprzątać. Jeśli panicz nie ma nic przeciwko udam się na spoczynek. Niektórzy w tej rezydencji muszą spać, by normalnie funkcjonować – Alfred wszedł w światło ekranów i spojrzał z ukosu na Wayne'a.
- Kiedy wreszcie się przyznasz, że uwielbiasz zabierać go na przejażdżki? – spytał Bruce rozbawiony tradycyjnie ironicznym tonem głosu Pennywortha.
- Wtedy, kiedy panicz się przyzna, że powinien udać się do dobrego psychiatry. Najlepiej takiego, który specjalizuje się w leczeniu fetyszy dotyczących nietoperzy. – odgryzł się natychmiast kamerdyner, po czym spojrzał na obraz z kamer - o proszę, nasz najemnik żyje? Czy to oznacza, że wygrałem?
Alfred nie doczekał się odpowiedzi. Zerknął na Bruce'a, który ściągnął brwi i głęboko się zamyślił.
- Jeśli chce się panicz wymigać od uczciwego zakładu..
- Alfredzie. – przerwał mu Bruce. Nagle ocknął się i spojrzał na lokaja wzrokiem, który Pennyworth znał na pamięć. Był to wzrok dziecka, które po wielu niepowodzeniach, w końcu ułożyło puzzle. –  Muszę zobaczyć się z Luciusem. Natychmiast.
- Pragnę przypomnieć, iż jest trzecia w nocy, sir. – powiedział Alfred cierpliwym, litościwym głosem.
- W takim razie z samego rana.
- Z samego rana ma panicz wizytę domową doktor Kinsolving.
- Cholera, zapomniałem. – parsknął Bruce marszcząc brwi. – Nie możemy przełożyć?
- Oczywiście, moglibyśmy, gdybyśmy już dwa razy tego nie zrobili – Alfred z rezygnacją ukrył twarz w dłoni – Rozumiem, że nie obchodzą panicza ludzie wokół, ale proszę z należytym szacunkiem traktować chociaż tych, którzy tyle razy składali panicza do kupy.
Bruce potarł zmęczone oczy.
- Niech będzie. Masz rację.
- A o co chodzi? Przełom w sprawie? – spytał Alfred na pozór obojętnym głosem.
- Shade musiał mieć dokładne plany budynku, by zastawić na mnie pułapkę. – zaczął tłumaczyć Wayne.
- Yhym.
- Skąd twoim zdaniem je wziął?
- Z tego co wiem, biurowiec postawiła firma Legit Development...
- Przejęta po cichu dwa lata temu przez Wayne Enterprises.
- Tak, pamiętam. – przytaknął Alfred – Więc idąc tym tokiem rozumowania mógł wynieść plany z Legit Development, Wayne Enterprises lub od któregokolwiek najemcy, bo z tego co się orientuję, dostają oni dokładne plany na życzenie.
- Wyciek wyszedł z mojej firmy. – podsumował z przekonaniem Bruce.
- Skąd ta pewność?
- To – powiedział Wayne kręcąc głową z niedowierzaniem – jest najlepsza część.
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: Maskotka w 17 grudzień 2012, 19:57:40
1. Co najbardziej Ci się podoba w opowiadaniu?
Starasz się nie lać wody w opisach i to się chwali, masz jasny koncept na każdy wątek i potrafisz go sprawnie przeprowadzić, to już drugi plus, najfajniejsza ze wszystkiego zaś była chyba rozmowa batmana z komisarzem gordonem.
2. Co podoba Ci się najmniej?
Zbyt długie opisy potyczek (co się fajnie ogląda, niekoniecznie równie przyjemnie się czyta), zastój w fabule pod koniec (takie rozwodzenie się nad tym, jak Shade zabija/zastrasza mafiozów jest trochę nudne, no i odziera go z tak pożądanej tajemniczości, przez którą my też czujemy dreszczyk na plecach, gdy po raz pierwszy widzimy go - oczami Jaya. Swoją drogą świetny chwyt tu zastosowałeś, że facetowi, który z początku chciał zabić batmana zaczynamy właściwie kibicować)
3. Czy w którymś miejscu zrobiło się nudno? Jeśli tak - to w jakim?
p.w.
4. Czy zauważyłeś/aś jakieś nieścisłości, luki fabularne?
Niee, ale to jeszcze nic nie znaczy:)
5. Której z postaci drugoplanowych powinno być mniej/więcej?
Mniej Quawiego! A więcej bym chętnie przeczytała Randalla.

Ogólne wrażenia pozytywne:))
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: vincent w 22 grudzień 2012, 14:29:36
Dzięki wielkie, jako jedyna z całego forum dałaś mi feedback, o który prosiłem ;)

Niepotrzebne opisy, które wymieniłaś i tak już planowałem wywalić. W finalnej wersji ich nie będzie.

Dziękuję!
Tytuł: Odp: Z jaskini nietoperza
Wiadomość wysłana przez: BlackBat w 31 grudzień 2012, 14:56:56
Jak idzie praca nad eBookiem? :)